Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 536 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Witam serdecznie w moim małym świecie. Jestem przeciętną kobietą, tylko, czy tak do końca...? Uwielbiam noce, pełnię księżyca, rozgwieżdżone niebo. Kocham przyrodę i cały świat zwierząt. Najlepiej wypoczywam na jej łonie. Pasjonują mnie motory, zwłaszcza choppery. Oddaję się tej pasji w każdej wolnej chwili. W mroźne, zimowe wieczory zapalam kilka świec, kadzidło i nastrojową muzykę. W deszczowe, chłodne dni wymyślam i tworzę nowe aranżacje do mojego „m”. Podczas burzy uwielbiam doświadczać jej całą sobą... Ciepłe krople letniego deszczu nie są mi straszne, a letni wiatr jest moim sprzymierzeńcem. We wnętrzach preferuję drewno, kamień, metal i szkło. Najchętniej zaszyłabym się w uroczym, odludnym miejscu w górskim klimacie. Domek z drewna, mnóstwo zwierząt i cuda natury, których doświadczałabym każdego dnia... marzenie. Ale marzenia czasem się spełniają :)

Witajcie Kochani :)

W taki dzień jak dzisiejszy, wracam tutaj, na swoje "stare śmieci", by poczytać, pooglądać, powspominać...

Nie lubię całkowicie odcinać się od przeszłości, od tego co było, a w większości już nigdy nie wróci.

Może to i dobrze, że w naszym życiu następują zmiany, tworzy się nowa historia, ale przecież wspomnienia są jej nieodłączną częścią...

Właśnie w taki dzień jak dzisiejszy, pełen zadumy i nostalgii, chcę Was wszystkich serdecznie pozdrowić.

Jeśli jesteście ciekawi co słychać w moim obecnym "TU I TERAZ" serdecznie zapraszam do

"HOME IS MY LIFE"

Miłego weekendu! Pa :)

..........................


oceń
0
0

Pozdrowienia :)

Witam wszystkich bardzo serdecznie :)
Jak widzicie wpadam tu dosyć często, aby sprawdzić, czy aby wszystko w porządku na moich „starych śmieciach", do których cały czas pałam ogromnym sentymentem.
W nowym miejscu wiele się dzieje.
Jest dużo więcej zdjęć i znacznie więcej piszę, oraz pokazuję przedmioty, którym darowałam drugie życie.
A wiadomo, że renowacja starych przedmiotów z duszą to moja pasja :)
Niebawem będę obchodziła drugie urodzinki w blogowym świecie.
Mam nadzieję, że uczcicie je razem ze mną.
A na tę okazję obiecuję przygotować coś specjalnie dla Was :)
Serdecznie Was pozdrawiam i zapraszam do:

"Home is my life"
...............................................


oceń
0
0

"PRZEPROWADZKA"

Moi drodzy goście, nadszedł czas na zmianę... :)
Przenoszę się ze swoim wirtualnym światem pod nowy adres:

http://alexa-black-lady.blogspot.com/

"Home is my life"

Będzie to dokładnie kontynuacja tego czym do tej pory dzieliłam się z Wami, lecz w nowej szacie graficznej. Moja decyzja spowodowana jest różnymi udogodnieniami, jakie istnieją pod nowym adresem. Będziecie mogli posłuchać muzyki, pooglądać slajdy, nagrania video i bezproblemowo dzielić się ze mną swoimi komentarzami.
Obecny blog nadal będzie dostępny, dla tych, którzy będą chcieli zerknąć do zamieszczonych wpisów. Nie wykluczone, że jeszcze mogę tu powrócić... jak to się mawia:
„na stare śmieci" :))
A więc, do zobaczenia w nowym miejscu.
Mam cichutką nadzieję, że spodoba się Wam mój nowy, nieco odmieniony Świat Alexy.
Serdecznie Was zapraszam :)

ALEXA
....................................................


oceń
0
0

Zaległy post.

Święto Zmarłych.
Albo ja jestem zupełnie nieprzystosowana do życia, albo moja wrodzona nadwrażliwość nie pozwala mi normalnie funkcjonować...
Po Święcie Zmarłych dopiero teraz, powoli dochodzę do siebie.
Te dni zawsze uruchamiają we mnie tak głębokie wspomnienia i uczucie żalu po stracie bliskich, że moje codzienna egzystencja w tym okresie, przerywana jest samoczynnie płynącym potokiem łez. Nie potrafię inaczej. Nie da się nie myśleć, zapomnieć, przejść obojętnie, gdy jako młode dziewczę było się świadkiem odejścia tak bliskiej osoby...
Dziadek był mi jak drugi ojciec. Po ostrym wylewie, nie odzyskał już przytomności. Żył w obliczu śmierci 5 dni. Gdy nadszedł ten moment, przy kochanym dziadku byłam tylko ja, jego jedyna i ukochana wnuczka.
Godz 16 z minutami. 27 grudnia. W sali szpitalnej ciemno. Jedynym źródłem światła jest blask ulicznej latarni. Siedziałam przy łóżku, trzymałam Go za rękę. Jego mózg i rdzeń kręgowy wypełniony był samą krwią. Dręczyła Go 41 stopniowa gorączka odmózgowa i ataki padaczki z częstotliwością co 15 minut. Robiłam chłodne okłady na rozpalone czoło, szpatułką z mokrą gazą zwilżałam wysuszone wargi, zbierając kawałki języka, odgryzione w ataku padaczki. Tak bardzo wówczas wierzyłam, że nacierając głowę „świętą wodą" ze „świętego miejsca" i czyniąc gorliwe modły zdarzy się cud.
Naiwna byłam?...
Nagle przyszła ona, śmierć. Poczułam ją. Ścisnęłam mocniej dziadka rękę, głaskałam Go po zroszonym czole. Wiedziałam, że to koniec. Nuciłam cichutko melodię bardzo tkliwej piosenki „Matulu moja" i wyszeptałam: „Dziadku, bardzo Cię kocham, ale musisz już iść. Nie bój się, tam czekają na Ciebie Twoi rodzice. Nie będzie bólu, nie będzie zmartwień, tylko ciepło, spokój i dobro. I proszę czekaj na mnie, jak przyjdzie koniec mojej życiowej drogi." Zaraz po tych słowach nastąpiły skurcze wszystkich mięśni, co objawiło się grymasem bólu wypisanym na twarzy. Organizm wydalił wszelkie „płyny" ustrojowe. Oddech stał się płytki i krótki. Tętno waliło tak mocno, że słychać je było w powietrzu. Nagle jeden ogromny, głęboki oddech, w którym klatka piersiowa nienaturalnie mocno uniosła się do góry i dziadek odszedł. To było ostatnie tchnienie...







Zastygłam w bezruchu, tak jakbym chciała się upewnić, czy śmierć już odeszła. Po chwili ciało dziadka „oddało" ostatni oddech, ten nagromadzony w chwili odejścia. Klatka piersiowa zapadła się.
Poczułam ulgę, skończyło się cierpienie...
Spojrzałam na zegarek, godzina 16:25.
Poszłam do pokoju lekarzy oznajmić fakt zgonu. Zadzwoniłam do rodziny i na tym moje bohaterstwo skończyło się... Nie wiem skąd miałam w sobie tyle sił i odwagi, by pomóc dziadkowi odejść. Wiem tylko jedno, w szpitalu na zmianę prowadziły przy dziadku dyżury trzy córki i ja. I właśnie podczas mojego dyżuru dziadek zdecydował się na odejście. Przypadek? Nie wierzę. Dziadek wiedział, że tylko ja w tym ostatnim momencie nie spanikuję, nie ucieknę krzycząc w głos: „Panie doktorze, mój dziadek umiera!!!"...





Czytałam jako dziewczyna książki typu: „Życie po życiu", „Życie po śmierci", „Umieranie" i stad wiedziałam, że umierającemu należy pomóc. Ponoć najgorszą rzeczą jest odchodzenie w samotności.
Jestem „najsłabszym ogniwem" w rodzinie, ale mimo to byłam w stanie towarzyszyć dziadkowi w jego ostatnich chwilach życia. Nikt tego po mnie by się nie spodziewał, a dziadek wiedział, był pewien i dlatego wybrał mnie...
Swoje „bohaterstwo" okupiłam załamaniem nerwowym, depresją i stanami lękowymi. Na „prochach" trwałam blisko trzy lata. Wizja śmierci towarzyszyła mi na każdym kroku, w każdej sytuacji.
Od tamtej chwili minęło 13 lat. Funkcjonuję w miarę normalnie, może jedynie więcej obaw mam w sobie, niż przeciętny człowiek. Ale w te dni, dni Święta Zmarłych, owe wspomnienie powraca, staje się żywe, namacalne i tak świeże. Teraz wiem, że umieranie nie jest tak łatwe i bezbolesne jak pokazują nam to w filmach. To potworne męki i cierpienie, w których należy nieść pomoc i ulgę.
Do dziś zadaję sobie pytanie:
„Dziadku, dlaczego akurat ja?"...



Zdjęcia zrobiłam wieczorkiem na grobie ukochanych dziadków. Babcia dołączyła do męża w równe 4 lata. Na całe szczęście nie wybrała mnie, umarła w samotności, co było powodem mojego kolejnego załamania...

Mam nadzieję, że nie macie takich wspomnień?
Życzę Wam spokoju,
zarówno tego ziemskiego, jak i tego duchowego.
....................................................


oceń
0
0

Coś dla nas i coś dla niego.

Przeglądając bloga Iki : „Moje wędrowanie..." natknęłam się na przepis na „kawówkę". Postanowiłam zrobić ją, gdyż „drinkowiec" ze mnie jak z koziej dupy trąba i niewiele znam takich przepisów :)) Tzn. z alkoholi pijam jedynie winko, lub właśnie (czasem) kremy i likiery. Ważne, żeby były gęste.
Oprócz smaku kawy, mleka słodzonego, uwielbiam też orzechy i wpadłam na pomysł, by i je do przepisu dodać. Od razu przyznam się, że zrobiłam podwójną porcję, bo coś czuję, że frykas zniknie w mgnieniu oka ;)
Składniki:
4 łyżki kawy rozpuszczalnej (na pół szklanki wody)
2 puszki mleka skondensowanego słodzonego
200 ml wódki (mała buteleczka)
2 pełne szklanki orzechów włoskich łuskanych

Kawę rozpuściłam w wodzie, dodałam do wódki. Do tego wlałam zawartość dwóch puszek mleka. Bardzo dokładnie wymieszałam. Konsystencja wyszła dosyć rzadka jak na krem. Orzechy zmieliłam (w pojemniku blendera z nożem) tak długo, aż zaczęły puszczać „olej" i zbrylać się. Dodałam do całości i końcówką miksującą wszystkie składniki bardzo dokładnie wymieszałam. Teraz jest gęste, tak jak lubię. Spora ilość orzechów, skutecznie zagęściła krem i dodała orzechowego smaczku. Z podanych proporcji wyszło 1200ml kremu. Jest przepyszny!

Miejsce lażakowania - lodówka.
Uwielbiam, gdy kremy są zimne,
a rozgrzewają dopiero w żołądku. 


Widoczne miliony kropeczek
to mikrocząsteczki orzechów,
które tak cudnie go zagęściły


Dziękuję Ci Iko. Nie jestem dobrym znawcą trunków, i nigdy bym nie wpadła na pomysł łączenia alkoholu z mlekiem słodzonym :)
Ale już mi świta nowy pomysł. Następnym razem zrobię podobny, tylko na bazie czekolady i kokosa w postaci zagęstnika.
Napiszę jaki wyszedł :)
........................................................

My mamy krem orzechowo-kawowy, a Ramzes zafasował nową kość. Ze starej zostało tylko coś, co przypomina kawałek podeszwy buta :)



Matko jedyna, jak on potrafi się cieszyć! Przez pierwsze dni nie spuszcza jej z oka. Nawet z nią śpi. Syn absolutnie nie może chodzić po mieszkaniu bez kapci, bo gdy tylko poruszy choćby najmniejszym palcem u nogi, Ramzes odbiera to jako chęć ataku na jego własność i przystępuje z odsieczą na owy palec. Jak rozlega się pukanie do drzwi, ciekawski czworonóg leci pierwszy, ale zaraz w połowie drogi zawraca (mało się nie zabije) głośno myśląc: „O kurcze! Zapomniałem zabrać kość!" Najciekawsze rzeczy dzieją się zaraz po zabawie, która trwa zazwyczaj ok godziny. Zabawa w gryzienie kości oczywiście, na koniec której (jak to bywa w zwyczaju psim) Ramzes stara się ją „zakopać", by następnego dnia „odkopać" i móc cieszyć się nią na nowo. Biega po mieszkaniu z kością w pysku i zagląda w każdy zakamarek. Przy czym ma taki dziki błysk w oczach, jakby za chwilę miały się rozstrzygać jego losy... Zazwyczaj obiera kierunek na pokój syna i upycha kość pod wielką poduchę. Potem przez 15 minut niczym obłąkany wariat wykonuje w powietrzu ruchy naśladujące zakopywanie kości nosem...
Kiedyś, jak na podłogach zamiast paneli była wykładzina dywanowa, Ramzes tak skutecznie zakopywał przysmak za donicą z kwiatem, że głuptas zdarł sobie do mięsa skórę na nosie! Goiło się dobre dwa tygodnie. Ale tym razem po misternym i długotrwałym kopaniu w powietrzu, odszedł nieco dalej i zaglądał pytającym wzrokiem: „No widać tę kość, czy nie?!" Chyba jednak musiał ją widzieć, i cała praca poszła na marne, bo wrócił z powrotem, z kością w zębach...



To spojrzenie "spod byka"
mówi samo za siebie...






I co dalej?
I na nowo rozpoczął poszukiwanie dogodnego miejsca na skuteczne jej ukrycie...
Potem zazwyczaj pada z wyczerpania i śpi jak zabity, nie ważne gdzie, może być nawet "buda" na przedpokoju. Ale tylko do czasu, aż się obudzi, bo jak to w życiu bywa...
historia lubi się powtarzać :)

Ori, specjalnie dla Ciebie -
"uskrzydlone uszy" :))


Jutro 1 listopada.
Ten dzień upływa mi na nostalgii, zadumie, i wspomnieniach, o moich ukochanych dziadkach, którzy byli mi drugimi rodzicami i o Korze...
Niebawem cały post poświęcę właśnie jej...
Życzę Wam spokoju i choć trochę słońca, gdy będziecie pochyleni nad mogiłami bliskich.
....................................................


oceń
0
0

Ramka, wiecheć i chwosty.

W czwartek miałam sporo spraw do załatwienia.
Biegałam więc z jednego końca miasta na drugi.
Dobrze, że to nie Warszawa... :))
Po drodze mijałam sklepik, gdzie jakiś czas temu na wystawie przykuła moją uwagę foto-ramka. Już ją oglądałam, już ją miałam w rękach, ale głos rozsądku cicho szeptał do ucha: „Po co Ci kolejna ramka...?" I wyszłam z niczym.
Tego dnia odruchowo spojrzałam i z zadowoleniem stwierdziłam, że już jej nie ma. Zadowolenie bierze się stąd, że już nie będę nękana dylematem „kupić, nie kupić". Ale tak na wszelki wypadek weszłam do sklepu i spytałam. Pani z uśmiechem na ustach powiedziała: „Ależ jest. Cały czas czeka tylko na Panią..."
No i jak miałam jej nie kupić?
Same widzicie, że ona tam cały czas na mnie bidulka czekała :))
No więc ją wzięłam. I nie żałuję :)





Uwielbiam metalowe ramki. Ogólnie lubię przedmioty z metalu. Stąd taka ilość u mnie latatenek, lampionów i świeczników. Ramki staram się też „gromadzić" metalowe. Lubię szczególnie te, które mają ornament roślinny.















Przy okazji jeszcze dokupiłam na grób ukochanych dziadków kilka ozdobnych „badylków". Ale pomimo ich sztuczności, tak bardzo mnie urzekły, że taki sam wiecheć wzięłam dla siebie do domku. Teraz mam to samo, co u dziadków na grobie... To tak, jakby ich cząstka była wciąż przy mnie. Chyba nie będę miała dołów z tego powodu? Wszak kochałam ich całym sercem i strasznie mi ich brakuje :(





Chciałam też dokupić kilka chwostów, bo miałam jedynie dwa.
 Ale jak zobaczyłam ceny...
O nie! Zrobię sama.
W pasmanterii nabyłam mulinę w 8 kolorach. Zapłaciłam równo 10zł. 7 mulin o pokrewnych barwach (od kremu po ciemny beż) pocięłam na jednakowe sznureczki i podzieliłam na cztery kupki. Przemieszałam kolory i obwiązałam dla kontrastu czarną muliną. W taki sposób powstały 4 chwościki z różnobarwnymi nitkami, a każdy z nich za jedyne 2,50zł!







Kurcze, jak fajnie, gdy można na czymś zaoszczędzić, by móc tym kosztem kupić coś innego... np. kolejną ramkę :)
....................................................


oceń
0
0

Pracownia fotograficzna. ZAPRASZAM DO WSPÓLNEJ ZABAWY :)

Buszując w moich skarbach natknęłam się na zapomniane pudełeczko ze zdjęciami, które wykonałam w ramach praktyki w pracowni fotograficznej podczas nauki w Studium Reklamy.
Niestety, ilość tych cudownych godzin, to zaledwie kropla w morzu...
Pracownia z prawdziwego zdarzenia przeznaczona głównie do zdjęć reklamowych. Stoły, parasole, statywy, oświetlenie, rekwizyty... Nowe (jak na tamten czas) pojęcia: synchronizacja, gorąca stopka, naświetlanie, przesłona, złoty podział, kadrowanie, światłomierz, ISO...
Czarna magia, która wciągała z każdą godziną praktyk coraz bardziej i bardziej. Nauczyłam się, że do zrobienia dobrego zdjęcia wystarczy niewiele. Wbrew pozorom wcale nie chodzi o rodzaj, markę czy cenę aparatu. W pracowni robiliśmy zdjęcia dosłownie wszystkimi sprzętami jakie szkoła posiadała. Wpajano nam, że wystarczy skupić się na trzech podstawowych rzeczach:

  1. Ciekawe rekwizyty

  2. Odpowiednie kadrowanie

  3. Dobre oświetlenie

    Za pomocą tych trzech punktów można zdziałać cuda, przy czym najważniejszy jest właśnie ten ostatni, który dzięki odpowiedniemu natężeniu, rodzaju i ilości światła pozwala nam uzyskać odpowiedni klimat fotografii. Zdjęcia na łonie natury praktycznie zawsze należą do udanych, gdyż sprzyjają temu warunki oświetleniowe. Gorzej wygląda sprawa, jeśli chodzi o fotografie wnętrz. Brak dostatecznej ilości światła dziennego zmusza nas do użycia lampy błyskowej, a ta z kolei powoduję, że fotografia staje się nienaturalna. Cóż, nie będziemy przecież w domach robić pracowni fotograficznych. Cieszymy się więc z tego co nam wyjdzie. Nauczyłam się jednak pewnego nieskomplikowanego sposobu na wykonanie techniką domową ciekawych, klimatycznych zdjęć, których dawno już nie robiłam. Zapraszam Was drogie koleżanki do zabawy.
    Wystarczy, że zaopatrzymy się w cztery rzeczy, które zostaną na lata i posłużą w każdej chwili, gdy tylko będziemy miały ochotę na zabawę:

  1. szyba

  2. lustro

  3. światło punktowe

  4. czarny brystol

    Szyba (np 50/30) najlepiej prostokątna posłuży nam jako dwa czynniki. Jako statyw dający cudowne odbicie obrazu, co daje wrażenie głębi fotografii. Druga opcja to okno... Naklejamy na szybę taśmę, dookoła i w formie krzyża, która będzie naszą ramą okienną.
    Lustro posłuży nam do odbicia (powielenia) rekwizytów. Nieoceniony efekt, przy fotografowaniu palącej się świecy, lampionu, latarenki.
    Światło punktowe. Nie musi być od razu halogenowe. Może być zwykła lampka biurkowa, której strumieniem światła można kierować we wszystkich kierunkach.
    Czarny brystol jako tło. Kupimy go w każdym sklepie papierniczym.

    To teraz do dzieła!
    Kilka przykładów:

I
Wieczorową porą ustawiamy na czymś szybę, ale ważne by pod nią było ciemne podłoże. Szyba musi być wypucowana, by dała idealne odbicie przedmiotu. Ustawiamy rekwizyty i kierujemy na nie strumień światła patrząc z której strony daje to nam najlepszy efekt. Zdjęcia robimy bez użycia innych dodatkowych źródeł światła, bez lampy błyskowej. Aparat ustawiamy na maksymalną wartość ISO. Za przedmiotem ustawiamy czarny brystol, by żaden niechciany przedmiot nie wszedł nam w kadr i nie zmącił efektu końcowego. Pstrykamy.

II
Ta sama pora, wieczór. Podobna scenka, ale tym razem szybę ustawiamy tak, by pod nią była wolna przestrzeń, czyli np. na dwóch krzesłach, taboretach. Rekwizyty na szybie, czarny brystol z tyłu, a pod spodem (pod szybą) źródło światła. Pięknie w ten sposób wychodzą fotografie szklanych rzeczy. Światło przechodzi przez szybę i całe szkło dając niesamowite wrażenie. Pstrykamy oczywiście :)

III
Znowu wieczór :) Ustawiamy przedmiot na żądanej powierzchni (deska, materiał, papier, karton). Z szyby robimy w prosty sposób okno, które ustawiamy za przedmiotem, lub przed przedmiotem (efekt fotografii z dworu). Kierujemy źródło światła w pierwszym przypadku z tyłu, za szybą. W drugim przypadku to my sami stajemy z aparatem za szybą, a źródło światła kierujemy na przedmioty. Rekwizyty dowolne, co komu do głowy wpadnie :)

Przedstawiam kilka moich pierwszych zdjęć wykonanych dobre parę lat temu w pracowni, przygotowanych według technik wyżej opisanych. Zachęcam Was do tej „zabawy". Przyniesie miłośniczkom fotografowania wiele radości, a efekty zaskoczą Was z pewnością.
 A jeśli wyjdą Wam piękne, klimatyczne ujęcia, proszę pochwalcie się nimi na swoich blogach.

Zdjęcia są zeskanowane.
Widoczna jest ich "jakość"...






W kieliszkach herbata :)
Pianą jest dym z papierosa...
jako efekt specjalny :))


Butelki na szkle
Podświetlone cieniutką wiązką światła


Butelki na szkle
Podświetlenie szeroką wiązką




Tylko światło z latarenki


Światło latarenki +
delikatne dodatkowe źródło doświetlające




Światło latarenki +
delikatne boczne światło


Efekt z oknem


Okno podświetlone "od zewnątrz"
Bardzo nikły promień światła
dający złudzenie poświaty księżyca


Szerszy kąt podświetlenia
dający efekt wschodzącego słońca


Sama muszę (chcę!) zaopatrzyć się w te 4 magiczne rzeczy. Lustro i światło mam. Teraz jeszcze tylko brystol i szyba. Przed nami długie zimowe wieczory. Będę miała ciekawe zajęcie w wolnych chwilach :)
A może znacie jakieś ciekawe tricki bądź techniki fotografowania?
Piszcie proszę.
Bardzo chętnie się czegoś nowego nauczę :)
....................................................


oceń
0
0

Radość, sznurek i szkło.

Cieszę się ogromnie, że szalony Ramzes uszedł cało z niefortunnego skoku :) Wczoraj byliśmy u weterynarza, obejrzał go, obmacał, zrobił rozeznanie i oświadczył, że nic złego nie widzi, tym bardziej, że psina nie zdradza objawów chorobowych. Nawet nie musieliśmy robić usg, ani prześwietlenia. Kamień z serca, ufff. Ale mam go nadal bacznie obserwować, gdyż może to być objaw początku choroby, np. pęcherza.
Na razie pozostaję przy dobrej myśli :)
W ramach radosnej nowiny napiszę o ulubionej zabawce Ramzia.
Ma ich trochę, w końcu nazbierało się tych „prezencików świątecznych" przez 5 lat :))
Zawsze cieszy się nową zabawką. Zna je wszystkie z nazwy i przynosi na naszą prośbę. Często sam zaprasza do zabawy, przynosząc je w mordce. Ale szczególnie upodobał sobie „lalę Kasię" i ... „skarpetę" :))

Kosz z zabawkami




Nadgryzione zębem :)

 
Lala Kasia i skarpeta :)


Skarpeta to nic innego, jak faktycznie skarpeta, tyle, że mojego syna. Dostaje zawsze świeże i wyprane, gdy tylko Oskar z nich wyrasta. Kilka sztuk związuję ze sobą na guzły i zabawka pierwsza klasa. Uwielbia ją, wręcz kocha! Zawsze po obiedzie, jak ma pełny brzuszek, musi nam zademonstrować swoje zadowolenie. Przynosi (codziennie!) w mordce skarpetę i zaczyna się... rzucanie, warczenie, podskakiwanie, ciągnięcie i charakterystyczne potrząsanie. Bierze owe coś w pysk i trzepie głową z całych sił na boki. Szmatka odbija się od jego prawego, do lewego ucha. Warczy przy tym i zamyka oczy, chyba w obawie, aby w oko nie oberwać :) Wygląda to tak jakby chciał nam powiedzieć: „Kurcze, ale ona już brudna! Muszę ją wytrzepać cholercia, bo przecież takim śmierdziuchem bawić się nie będę!" Potem przychodzi czas na rzucanie w górę i łapanie w locie, zanim spadnie. Ileż to razy owa skarpeta lądowała na lampie :)
Dzisiaj oczywiście też dał ten popis. To już należy to stałego poobiedniego rytuału. Cieszę się, że jest taki wesoły, bo to oznacza, że jest zdrowy.







Nadal wieczorami siedzę przy sznurku. Postanowiłam, że większość świątecznych ozdób będzie właśnie wykonanych za pomocą sznurka, drucika i tego co mam w domu. Lubię, gdy dekoracje świąteczne są ... „z jednej bajki". Dlatego postanowiłam za pomocą banalnych rekwizytów porobić kilka ozdób. I tak do „kolekcji" wazonu, wianka, pary zakochanych i serduszek dołączyły lampiony i dekoracja z mydełek. Nie są to może takie TYPOWO świąteczne ozdoby. Nie ma radosnych kolorów, ani typowo świątecznych motywów. Ale ja jako miłośniczka kolorów nader spokojnych, czyli beży, brązów, szarości, czerni i zgaszonych zieleni, chyba źle bym się czuła, gdyby nagle mój domek przeobraził się w bardziej soczyste i wyraziste barwy.

Lampiony zrobione z nietypowych słoiczków
i sznurka z włókna kokosowego


 
W środku tego wianka
właśnie ma być coś, co świeci.
Może lampion? Może świeca?


Lampiony "siostrzane"
zrobione ze szklanek... kubeczków?


Dekoracja mydlana


Dekoracja na teraz


Mój ulubiony "torebkowy" czasomierz...
współczesny


Chyba nawet pokuszę się o zrobienie ozdób na świąteczne drzewko i girlandy z... drucików. Muszę tylko pojechać do sklepu i zaopatrzyć się w sporą ilość tej magicznej, metalowej nici.
....................................................


oceń
1
0

Wypasione placki, drucik, sznurek i... :(

Miałam nic nie robić, leżeć do góry brzuchem i odpoczywać.
Ale okazuje się, że nicnierobienie bardziej męczy niż robienie ponad siły.
Moi trzej mężczyźni, na czele z Ramzesem uwielbiają placki ziemniaczane. Robię je więc dość często w różnych wersjach. Niedawno były po węgiersku, dzisiaj czas na wersję wypasioną, która swą nazwą króluje od wielu lat. Zawsze smażę ich dużo, z uwagi na rodziców mieszkających zaledwie 150 metrów ode mnie. Przyjęłyśmy z mamą taką zasadę, że dzielimy się tym, co u tej drugiej strony rzadko na stole gości.

Składniki:
2 kg ziemniaków
4 średnie cebule
główka czosnku
40 dkg szynki
40 dkg sera żółtego
4 jajka
mąka
vegeta, maggi, pieprz czarny do smaku

Ziemniaki dzielimy w równych częściach na dwie kupki. Jedną część ścieramy tradycyjnie na tarce o bardzo drobnych oczkach. Drugą zaś na tarce o grubych oczkach. Cebulę i czosnek bardzo drobno kroimy. Ja robię to z pomocą blendera. Szynkę i ser żółty kroję w drobną kostkę. Składniki mieszamy wraz z jajkami i mąką. Przyprawy do smaku. Ważne, by w tej wersji placków znalazła się maggi w płynie. Ma bowiem decydujący głos w końcowym efekcie smakowym.
Z podanych proporcji wychodzi ok 30 - 35 placków.







Spędziłam przy patelni sporo czasu, ale nie byłam sama. Na stołku, zaledwie pół metra od kuchenki siedział (pod opieką Darka) rozjuszony zapachem do granic wytrzymałości Ramzes, który pilnował, by do patelni mogła zbliżyć się tylko i wyłącznie moja ręka. Ten mały szaleniec już na samo słowo „placki" biegnie do kuchni i z dzikim błyskiem w oczkach patrzy w stronę kuchenki. Najlepiej jest na końcu, gdy kilka placków zostanie... Psina, która uwielbia kanapowe leniuchowanie, nagle znika na wiele godzin. Ale my wszyscy wiemy gdzie można go znaleźć. Siedzi w ciemnej kuchni, na chłodnej podłodze z głową zadartą do góry i pilnuje...
Pilnuje ostatnich placków, bo wie, że jest wśród nich i dla niego ta ostatnia porcja :)





Wieczorkiem przypomniałam sobie, że mam duży zasób drutu i sznurka z włókna kokosowego. Korciło mnie, by coś wykombinować. Powstała na szybko ozdoba do wazonika kupionego kiedyś za grosze na targu. Kilka serduszek, krzyżyk, skromny wianuszek z wnętrzem na grubą świecę. Powstała też para zakochanych... Ona i on z sercami w dłoniach. Fajnie wyglądają zawieszone w oknie. Znalazłam też dwa stare „wieszaczki" na lampiony, które idealnie nadają się dla pary kochanków :)

















Na koniec dnia wydarzyło się jednak coś, co zburzyło nasz dobry nastrój. Mój kochany piesio wykonując (jak zawsze) wielki skok z kanapy na puf, nie wyrobił i zamiast na łapki, skoczył całym impetem na najedzony brzuszek. W chwilkę później zaczął siusiać na środku pokoju, czego absolutnie nigdy nie robi. W moczu pojawiła się krew. Mało tego, krew w kilku miejscach kapnęła na podłogę i kanapę. Cały koniec siusiaka był czerwony od krwi... Przestraszyłam się śmiertelnie! Zadzwoniłam do zaprzyjaźnionego weterynarza. Powiedział, że skoro pies zachowuje się normalnie pomimo incydentu, na razie mam go obserwować. Może to oznaczać pęknięcie nieistotnego naczynka, lub delikatne uszkodzenie no wiecie czego. Będzie pod telefonem, gdyby dołączyły się inne, niepokojące objawy mam dać znać. Nie spałam całą noc, ani jednej minuty. Ramziu był cały czas przy mnie. Zachowuje się normalnie, jest wesoły, je, pije i bawi się. Mało tego, nadal wariacko szaleje, jakby mu było mało. Ale to mnie niestety nie uspakaja. Jutro, w poniedziałek, tak czy inaczej wybieram się na prześwietlenie i ewentualne usg. Muszę mieć pewność, bo się wykończę...
W zeszłym roku też odchodziłam od zmysłów, gdy Ramzes radośnie buszując wieczorem po krzakach „zahaczył" okiem o wystający badyl i doznał rozerwania rogówki!!! Groziła mu ślepota, a także wyschnięcie i wypadnięcie gałki ocznej. Ileż ja się wówczas zryczałam. Na szczęście z pomocą leków, kropli, maści i antybiotyków przeciwzapalnych wszystko dobrze się skończyło.
Mój pies jest nadpobudliwy ruchowo, i zawsze sobie coś musi zrobić. Podobnie jak dziecko cierpiące na tę przypadłość. Dokładnie wiem co muszą przeżywać mamy takich dzieci. Ciągły niepokój i zmaganie się z urazami.
Dziewczyny boję się... I to bardzo!!!
:((
....................................................


oceń
0
0

Bielenie mebli.

Kupiłam kilka gałązek sztucznych, jesiennych, kolorowych liści. Tęsknię za prawdziwą polską, złotą jesienią. A za oknami od dwóch tygodni nieustannie pada deszcz. Zapomniałam już nawet jak smakuje rozkosz delikatnych, jesiennych promieni słonecznych. W mieszkaniu dziwnie smutno i ponuro. Więc gdy zobaczyłam te „sztuczniaki", nie mogłam im odpuścić. Powstał jesienny bukiecik. Stoi na ławie i niczym słoneczko rozświetla wnętrze dodając nutkę radości. Wprawdzie nie jest z prawdziwych, naturalnych darów jesieni, ale na takowe w tym roku jakoś nie bardzo mogę liczyć.





Ogonek „zafasował" nowe, przytulne gniazdko zrobione z połówki dużego, wydrążonego kokosa. Do środka nasypałam świeżych trocinek i legowisko jak marzenie. Niestety szczurzyczka nie podziela mojego zdania. Przez dwa dni nie zaakceptowała nowego gniazdka. Na ucho mi szepnęła, że chce z powrotem swój czerwony domek z karuzeli, gdyż daje jej większe poczucie bezpieczeństwa i przytulności, ponieważ ma zadaszenie. Pogniewała się i do snu układała się obok kokosa, no dnie klatki, zwinięta w kłębek niczym kotek. Żal mi się jej zrobiło i zwróciłam jej ukochaną „budkę". Miło było widzieć dziką radość w jej czarnych jak węgliki oczkach :)



Tylko co ja teraz zrobię z tym kokosem?
Pomysłów już mam kilka, ale z uwagi na zamiłowanie do wszelkiego świecenia, powstanie lampionik. W środku kokosa umieściłam literatkę, z takim otworem, aby na luzie zmieściła się w jej wnętrzu świeczka typu tea light. Dookoła szklaneczki ułożyłam szklane, ozdobne kamyczki, które powielają płomień świecy. Efekt niesamowity. Rozkoszowałam się urokiem blasku nowego świecznika przez cały wieczór.













Otrzymałam wreszcie zamówioną przesyłkę - wosk wybielający do drewna. Od samego rana przystąpiłam do działania. Sosnowy kufer, który wcześniej pokryłam bejcą dobrze zeszlifowałam papierem ściernym, by zetrzeć wierzchnią warstwę bejcy, odsłaniając piękne słoje drewna sosnowego. Wosk wybielający nakładałam bawełnianą szmatką. Po ok dwóch godzinach, gdy wosk wysechł przetarłam delikatnie bardzo drobnym papierem ściernym i wypolerowałam. Efekt tak bardzo mi się spodobał, że postanowiłam zrobić to samo z pozostałymi meblami. Jedynie nie bejcowałam ich, gdyż same w sobie były już ciemniejsze niż pierwotna wersja kufra. I tak wybielaniu zostało poddane duże dębowe lustro, dwie półki i dwa regały. Machałam szmatką od 8 rano do 23 z przerwą na obiad. W pewnym momencie myślałam, że szału dostanę... Obróbka prostych powierzchni typu szafa, biurko, czy kredens to małe piwo. Ale te moje zakichane półeczki i regaliki wykonane z deseczek ułożonych w szachownicę to istne szaleństwo! Większość dnia poświęciłam właśnie im. Palcem owiniętym szmatką centymetr po centymetrze musiałam wjechać w każdy zakamarek pomiędzy kratownicę. A potem to „pucowanie"... Okropnie żmudna praca. Ale warta poświęcenia, bo efekt przeszedł moje oczekiwania. Pokoik staje się coraz jaśniejszy. Jeszcze tylko te ściany... Wiem, powtarzam się, ale jakoś nie mam sił, by zabrać się za tapetowanie.

"Blat" kufra po bejcowaniu i zeszlifowaniu nadmiaru bejcy


Końcowy efekt po wybielaniu i polerowaniu


Lustro...


Półeczki...


Regaliki...


Nadal mam problem z kupnem metalowych okuć do kufra.
Moje miasteczko zeszłam już wzdłuż i wszerz w ich poszukiwaniu. 
W internecie natknęłam się jedynie na bardzo miniaturowe wersje. 




Czas na zasłużony odpoczynek.
Jutro strajk.
Nie robię dosłownie nic! :))
Odpoczywajcie w ten weekend moje drogie blogowiczki.
Wszystkie na to zasłużyłyście :)
Tak jak Ramzes, on już odpoczywa :)


....................................................


oceń
0
0

Smutna wiadomość :(

Właśnie dowiedziałam się, że moja blogowa przyjaciółka Majeczka straciła swojego ukochanego, wiernego przyjaciela, pieska Zenobiuszka. Zwaliła mnie ta wiadomość z nóg! Wiedziałam, że Zeniu ma chore serduszko i bierze leki, że ma ataki duszności, ale nie dopuszczałam myśli, że może teraz odejść. Miałam osobiście poznać Zenia, nie zdążyłam :( Był bardzo bliski memu sercu, gdyż jego los był podobny do losu mojej poprzedniej suki Kory. Tyle o tym niezwykłym piesku słyszałam, tyle zdjęć oglądałam. Z jego mądrych oczu wypływała wielka miłość do bliskich i zarazem ogromna nieufność i strach do obcych. Zajął w moim sercu szczególne miejsce. Wiele razy wyobrażałam sobie, że gdy go poznam podaruję mu jakąś fajną psią maskotkę i przysmak. W wyobraźni nie jeden raz brałam go na kolana i tuliłam. Ale to tylko w wyobraźni...
Maja, najpierw dzwoniła. Potem zostawiła mi tą smutną wiadomość sms. Nie mogłam uwierzyć! Popłakałam się. Ten piesek był wyjątkowy. Wiedzą o tym wszyscy Ci, którzy znają historię Zenia, pieska, który 10 lat spędził w schronisku, który był zdominowany przez inne psy. Zahukany i zaszczuty. Często nie dojadał. W końcu zaświeciła iskierka nadziei...
Pojawiła się Maja, od razu przygarnęła biedaka, szykując mu piękną, spokojną i zasłużoną starość. Niestety Zeniu cieszył się nią jedynie 3 lata.



Zeniu, byłeś wyjątkowo kochanym pieskiem.
Śpij słodko w ogrodzie pod domem.
A jak kiedyś przyjadę, to i tak przywiozę ci obiecaną zabawke.
Już Twoja Pani będzie wiedziała co z nią zrobić...
Maju, wiem jak bardzo cierpisz.
Jestem z Tobą :*
....................................................


oceń
0
0

Rozkosz dla duszy...

Było coś dla podniebienia, teraz jest dla pokrzepienia duszy...
Darek ma nocki. To oznacza długie, samotne wieczory. Ale jakoś nigdy nie ubolewam zbytnio nad tym faktem, gdyż uwielbiam takie wieczorki spędzać po swojemu :)
Wianki, które wisiały na regałach, służą teraz jako dekoracje ławy. W środku kieliszek z podstawką i świeczniki gotowe. Poduchę serduchową zawiesiłam w drzwiach balkonowych, by wypełniła chłodną pustkę pochmurnych dni.









Takie samotne wieczory jak ten, należą tylko do mnie. Uwielbiam blask zapalonych świec. Do tego kominek zapachowy w anielskiej postaci roztaczający aromat piżma, wprawia mnie w niesamowicie nostalgiczny nastrój. Do tego ta muzyka... muzyka sama w sobie, bez wokalu, bez słów, jedynie czyste brzmienie dźwięków. Tego wieczora słuchałam Gregorian i Celtic Spirit. Ciałem może i byłam na kanapie, ale ma dusza odpłynęła daleko, do wiecznej krainy szczęścia i rozkoszy. Takie chwile cenię sobie ponad wszystko. Powiem więcej, wolę je spędzać samotnie.







Chłopinę mam dobrego, nie powiem, ale ma w sobie tyle z romantyzmu, ile ja mam z faktu bycia siostrą zakonną, czyli NIC! Dla niego tak spędzony wieczór, to niebywała strata czasu. Przecież w tym czasie tyle ciekawych filmów lub reportaży nadają w telewizji, a on ma siedzieć w ciemności, przy świecach, wdychać „duszący" zapach kadzidła i słuchać muzyki bez przekazu (czyt. bez słów). To niemal szaleństwo!
A ja tam kocham to moje szaleństwo! I dlatego tak bardzo uwielbiam samotne wieczory :)
Ten cenny czas poświęcam na wspomnienia z przeszłości i marzenia o przyszłości. Wtedy też podejmuje większość swoich życiowych decyzji. Ogarniam myślami minione dni. Analizuję, czy wszystko co zrobiłam było dobre. To swojego rodzaju oczyszczenie dla duszy. Jakże by mi było miło, gdybym mogła takie „wieczorne seanse" spędzać we dwoje. Niestety, nie trafił mi się wymarzony romantyk...



Biszkoptowy jogurt, jeden z moich ulubionych okazał się ulubionym również dla Ogonka. Ale on, a raczej ona to chyba wszystko jednakowo uwielbia :)
....................................................


oceń
0
0

Szybki deser na ciepło.

Od kilku dni nieustannie pada deszcz.
Jest zimno, wręcz wilgoć unosi się w powietrzu. W mieszkanku ciemno, niczym w piwnicy, choć przyznam, że wszystkie okna wychodzą na południe, to i tak panuje półmrok...





Wrzosik zawędrował do kuchni






Ramzes zamiast biegać na dworze,
woli patrzeć z okna jak inne psy biegają... :)






Zmarźluch największy jakiego znam!
Nie dość, że biega w "śpiochach",
to jeszcze wciska swój zmarznięty nos w każdy kąt...


Ramzes całymi dniami biega w śpiochach, tuląc się do wszystkich napotkanych poduch i kocyków. Ogonek całymi dniami śpi. Wyciągnięty z klatki zaraz szuka sobie przytulnego miejsca do rozkosznej drzemki. A że musi być zawsze blisko nas, ostatnim jego odkryciem stał się kaptur ciepłej bluzy, w której Darek dojeżdża do pracy. Zaszywa się w jego wnętrzu i śpi nieprzytomny na całego. Biedny Darek chodzi po mieszkaniu w bluzie i wszystkie czynności wykonuje zważając na śpiącego lokatora. Nawet razem chodzą do toalety. Tylko, co oni tam razem robią...? :)







Przy okazji pokazuję miejsce, gdzie stoi domek Ogonka. Jest to piękna aleja willowa, położona pośród gęsto obsadzonej bujnej roślinności. Szczurek ma więc wspaniałe widoki z okien, swoisty mikroklimat i duuużo tlenu :))
Chociaż on ma namiastkę moich marzeń... :))



..........................................
Przypomniał mi się deser, który bardzo często robię w chłodne, zimowe popołudnia. Wprawdzie zimy jeszcze nie ma, ale na rozgrzewkę coś słodkiego i ciepłego myślę, że nie zaszkodzi. Bazą jest budyń, czekolada, bita śmietana i biszkopty. Do tego można dodać wszelkie dodatki jakie znajdziemy pod ręką: orzechy ziemne, rodzynki, suszone owoce, konfiturę, co kto lubi.
Zrobiłam więc deserek na szybko z tego co „znalazłam" w domciu: mleko, budyń, czekolada, rodzynki, bita śmietana w proszku i biszkopty.
Na dnie salaterki ułożyłam okrągłe biszkopty. Wsypałam po garstce rodzynek. Ugotowałam litr budyniu. Wlałam na przygotowane biszkopty. Kostki czekolady ułożyłam na wierzchu, ale lekko je zatopiłam łyżeczką, by mogły się roztopić w gorącej masie. Po 10 minutach (czas na roztopienie czekoladek i lekkie przestudzenie budyniu) na wierzch nałożyłam delikatną (dietetyczną :)) bitą śmietanę. Gotowe!










Okropne fotki!
Wybaczcie, ale nie znoszę robić zdjęć
przy użyciu lampy błyskowej.
A wieczór niestety rządzi się swoimi prawami...

Spożywać należy od razu. Pycha :)
Oczywiście im bogatsza wersja, tym lepiej smakuje. Jeśli jednak ktoś nie lubi budyniu, lub jest uczulony na produkty mleczne, można zastąpić budyń kisielem. Smakuje równie wyśmienicie. Ja robię na przemian obydwie wersje.
Spróbujcie.
Życzę smacznego :)
....................................................


oceń
0
0

Willa Ogonka i śpiochy Ramzesa :)

Piątek choć słoneczny, był jednak chłodnym dniem.Do południa Darek spał po nocce, a ja tradycyjnie: gotowanie, pranie i sprzątanie.
Po obiedzie wybraliśmy się na wcześniej zaplanowany spacer do miasta. Nie tyle dla samej przyjemności, ile po zakup nowej, większej klatki dla Ogonka. Do tej pory siedział w maleńkim transporterku do przenoszenia gryzoni. Ale jest u nas zaledwie dwa tygodnie i chyba zdołał podwoić swój wzrost i wagę.
Rośnie jak na drożdżach!
Jednak zakup takiej klatki, to nie lada wyzwanie...
Musi spełniać przede wszystkim walory estetyczne, gdyż będzie stała pod ogromnym drzewkiem, wśród kwiatów w gościnnym pokoju, czyli w naszym. Szczur jest zwierzęciem bardzo towarzyskim, musi być w stałym kontakcie z właścicielem.
Kryteria klatki: głęboka kuweta, aby trociny lub żwirek nie uciekały przez kraty, dwupoziomowa, z co najmniej dwoma wejściami, i najważniejsze...w kolorze białym, czarnym, bądź ocynkowana.
Odwiedzam jeden sklep, potem drugi, trzeci, a w każdym ten sam asortyment - okropne klatki wielokolorowe! Np. kuweta zielona, pręty czerwone, drzwiczki fioletowe, drabinki żółte, poziomy niebieskie...
Oczopląs!!!
Nie miałam wyboru. Kupiłam tę, jaka była w ofercie sklepu, najważniejsze, że okrągła. Po drodze zaopatrzyłam się w nietoksyczne, szybkoschnące farby do metalu i plastiku w kolorze czerni i antracytu. Ciąg dalszy miał miejsce w warsztacie piwnicznym. Kilka „chwil" i klatka jak marzenie :) Jeszcze 24-godzinny proces wysychania farby i nowy domek gotowy. Teraz nie będzie mnie ani kuł w oczy, ani przyciągał uwagę. I o to właśnie chodziło. Jeszcze dokupię drewnianą budkę i „willa" Ogonka będzie ukończona :)









Ale nie tylko sprawiliśmy radość „ogoniastemu".
Darek wypatrzył jednoczęściowy „psi dresik"...
Ponieważ nasza psina ma bardzo króciutką sierść, a brzusio właściwie goły, strasznie marznie i to nie tylko zimą. Wystarczy, że latem nieco się ochłodzi, a hrabia już szuka przytulnego miejsca i ciepłego kocyka.
I tak polarowe „śpiochy" stały się pierwszym ubrankiem zmarzlaka. Wieczorem zrobiliśmy test. Zamiast kocyka, nowe ubranko. Co dziwne, nawet nie protestował. Ułożył się wygodnie, i już po chwili spał jak suseł. A wyglądał przy tym tak anielsko, że pobiegłam po aparat.











Dzisiaj był dzień dobroci dla zwierząt :)
A szczęśliwe zwierzaki, to szczęśliwa ich pani :)
................................................
Sobota i niedziela fatalna.
Pogoda pod przysłowiowym psem.





Ramzes z wypisaną radością na pyszczku zbiegał ze schodów na dwór. Lecz, gdy tylko ujrzał przez uchylone drzwi jak ciapie z nieba, robił w tył zwrot, ogon pod siebie i dyla ile tchu w płucach z powrotem do domu :))
W taką pogodę cóż można robić oprócz „stałych punktów programu"? Można ten czas poświęcić zwierzakom. Ogonek coraz bardziej mnie zachwyca. Nie jest to wprawdzie mój pierwszy szczur, lecz szósty, ale chyba nigdy te zwierzaki nie przestaną mnie zadziwiać. Jest z nami ponad dwa tygodnie. Jeszcze nigdy, nigdzie nic nie nabroił. Załatwia się tylko w klatce. Jest tak zabawny :)) I coraz bardziej przypomina mi małego kociaka, który ciekawy jest dosłownie wszystkich napotkanych rzeczy na drodze. Po każdym buszowaniu szykuje się do drzemki...na człowieku :) Jego ulubione miejsca to: Oskara brzuch, Darka rękaw od bluzy i moja szyja pod rozpuszczonymi włosami. Uwielbiam, gdy mi tam zasypia. Najpierw bawi się łańcuszkiem. Łapie w łapki wisiorek - krzyżyk i chce z nim uciekać. Przesuwa sam łańcuszek, podskakuje przy tym radośnie. Zagląda mi w twarz, opierając łapki o policzek. Dotyka brwi i sprawdza co kryje się w dziurkach nad ustami :) Po zabawie tak twardo zasnął, że czułam jak zjeżdża po mnie w dół niczego nie świadomy. W końcu grawitacja przebudziła go, zrobił cofanie i dalej w kimonko.

Zasypiający Ogonek
tuż po zabawie łańcuszkiem :)


Ogonek podczas snu lecący w dół
pod wpływem grawitacji :)

Zdjęcia robiłam sobie sama, jedną ręką,
stąd to "dziwne" kadrowanie.
Czego to człowiek nie zrobi dla swojego pupila :)

Po zamknięciu w klatce jest bardzo smutny. Siada przy kratach, łapie się ich łapkami i cały czas wodzi za nami ślipkami.
Szczury mają bardzo chwytne kończyny zakończone „palcami". Chwytają wszystko w łapki podobnie jak człowiek. Nie jedzą z miski (jak kot, czy pies) lecz z łapki. Samo obserwowanie ich przy tej czynności jest dostatecznie zjawiskowe, nie mówiąc o innych wyczynach.

Uwielbia pić wodopój jeden.
Najlepiej, gdy podaje go pan prosto z poidełka.
Ostatnio zazdrosny Ramzes też się "podłączył"
i wypił wszystko do dna :)


Sprytny Ogonek odkrył,
że jeszcze lepsza od zwykłej wody
jest herbatka owocowa.
Nie ważne jaki smak, ważne, że słodka :)



Zostawiamy mu zawsze
tego ostatniego łyczka :)



Cieszę się jak...przysłowiowy wariat, że udało mi się po trzech latach namówić Darka na to zwierzątko :) Tylko nie wiem, czy sam Darek nie jest nim bardziej zafascynowany ode mnie...
Trochę zwariował na jego punkcie, a już z całą pewnością jest o niego zazdrosny, gdy ten zbyt długo śpi na mojej szyi.

A tak na koniec mała niespodzianka. Nasz Ogonek jest chyba szczurzyczką :) Nie jestem jeszcze pewna w 100%, gdyż u małych gryzoni zrobić rozeznanie w dziedzinie ich płciowości to jak rzucanie monetą. Ale wszystko wskazuje na to, że to chyba jednak ONA :)
....................................................


oceń
0
0

Ona i on...

Wczoraj wspólnie z rodzicami pojechałam do marketu na większe zakupy.
Właśnie wypakowywaliśmy na parkingu napchany po brzegi sklepowy wózek, gdy podszedł do nas starszy pan i bardzo spokojnie i kulturalnie spytał, czy może po wypakowaniu zakupów odprowadzić wózek do sklepu? Wiedziałam, że chodzi mu o monetę. „Niestety, odparłam, wózek jest pusty, nie ma w nim monety. Stał na uboczu, nie przypięty do reszty wózków." Mina starszego pana nieco posmutniała, ale odparł: „Nie szkodzi, mogę i tak go odprowadzić skoro już po niego przyszedłem."
Wypakowywaliśmy dalej. Człowiek stał w pewnej odległości cierpliwie czekając. Po chwili cicho spytał, czy mógłby dostać 50 gr, bo jest bardzo głodny. Na co ja bardzo spokojnie odpowiedziałam: „Proszę pana, mam od lat pewną zasadę. Nigdy nie rozdaję na ulicy, napotkanym ludziom pieniędzy, w obawie, że zostaną wykorzystane na cel, na jaki ja nie życzyłabym sobie aby zostały wykorzystane. A mianowicie mam tu na myśli zakup wszelakich używek. Natomiast jeżeli naprawdę jest pan głodny, to ja bardzo chętnie pana czymś poczęstuję." Człowiek był bardzo wdzięczny i serdecznie podziękował. Sięgnęłam do dużej reklamówki i złapałam to, co było pod ręką - paczka moich ulubionych bułeczek mlecznych. Otworzyłam ją i podchodząc do mężczyzny powiedziałam: „Proszę się poczęstować". Nie chciałam wyciągać sama, ręką, gdyż ten bezdomny był całkowicie inny niż większość podobnych nieszczęśników. Przede wszystkim był schludny, nie straszył ani wyglądem, ani kulturą, ani stanem trzeźwości. Tak, tak, był trzeźwy! Nie chciałam, by poczuł się w obecności dużo młodszej od siebie kobiety, że jest traktowany nie po ludzku. Jednakże człowiek ten nie miał odwagi na samowolne sięgnięcie ręką do woreczka. Musiałam jednak ja to zrobić...oddałam mężczyźnie wszystkie, całe 10 sztuk. Był taki radosny, a dziękowaniu nie było końca. Nie zapomnę słów: „Niech Bóg ma panią w opiece."



Odprowadził pan nasz pusty wózek i zniknął za drzewem rosnącym przy markecie. Gdy wolno jadąc opuszczaliśmy parking, zajrzałam w tamtą stronę. Pod drzewem, na trawie czekała ona, jego kobieta, starsza pani. Mężczyzna siedział trzymając w ręku jedną bułeczkę, a resztę kurczowo przy sobie trzymała ona. Zajadała je wręcz pochłaniając jedną po drugiej. A on przyglądał się jej z wypisaną radością na twarzy.



Ten „obrazek" tak bardzo mnie rozczulił, że ze łzami w oczach wracałam do domu.
Kim byli kiedyś ? Kim są z wykształcenia? Czy mają dzieci?
Te i podobne pytania cisnęły mi się do głowy.
Wszystko wskazuje na to, że nie byli to zwykli, prości ludzie. Nie byli pozbawieni godności osobistej, ani dobrych manier. Jak przystało na prawdziwego mężczyznę, to on wyruszył na poszukiwanie jedzenia, a gdy je zdobył oddał wszystko kobiecie, by najpierw ona posiliła się do syta...



Cały dzień byłam szczęśliwa.
Szczęśliwsza z faktu nakarmienia głodnego, nie mniej niż sam głodny z faktu zdobycia jedzenia.
Takich uczynków mam na "swoim koncie" już kilka, a każdy z nich wywoływał we mnie głębokie poruszenie, ale i nieskrywaną radość.
Często zdarza się, że do człowieka na ulicy podchodzi typowa „łajza", która pod pretekstem głodu zbiera na kolejną butelkę „jabola".
Ale są też przypadki takie jak ten, prawdziwe, wzruszające i do bólu szczere.
I właśnie dla takich „przypadków" warto wyciągnąć pomocną dłoń.
Żałuję tylko jednego...
Mogłam podarować im więcej zakupionych produktów żywnościowych. Zrobię to następnym razem, o ile dane mi będzie ponownie spotkać tych ludzi.
Karmiąc głodnego, karmimy własną duszę
czyniąc ją bardziej czystą i szczęśliwą...
I właśnie taka dzisiaj się czuję.
Nad wyraz czysta i bardzo szczęśliwa :)
PS.
Zdjęcia zostały wybrane przypadkowo z zasobów internetowych. Znalazłam je pod hasłem "kartki okolicznościowe".
Sylwetki dzieci, oraz starszych ludzi posłużyły jako symbol
wielkiej miłości, przywiązania i oddania.
....................................................


oceń
0
0

Komunikat!!!

KOMUNIKAT
dla dziewczyn
z Bloggera!!!


Moje Drogie „Bloggerki", dostaję od Was informacje, że są problemy z zostawianiem komentarzy pod wpisami na blogach W.P.
Nie mam pojęcia dlaczego tak się dzieje???
Z pomocą przyszła Ma.ol.su. która „odkryła", że należy wpisać jedynie swój nick i treść komentarza. Natomiast pole zawierające miejsce na informację o nazwie, bądź adresie bloga należy pominąć...
Najnormalniej w świecie W.P. perfidnie odrzuca
komentarze z innych portali blogowych!
Jawna dyskryminacja!!!
Napisałam już w tej sprawie do administratorów.
Czekam na odpowiedź.
Najmocniej przepraszam za niedociągnięcia ze strony W.P.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich odwiedzających.
ALEXA
....................................................


oceń
0
0

Niegroźne zbieractwo, czy groźne maniactwo?

Od lat mnie TO nęka...
Jak już coś mi się spodoba, nie potrafię kupić, lub zrobić tego w ilości „jednego egzemplarza". Zawsze musi powstać „kolekcja".
Co jakiś czas nęka mnie inna, nowa mania kolekcjonerska.
Ale są takie, które trwają nieprzerwanie od lat, do dzisiejszego dnia. Zapala mi się jednak czerwona lampka i w me łapki trafiają tylko te egzemplarze, które naprawdę „do bólu" olśnią mnie swym urokiem.
I tak mogę wyróżnić najbardziej rzucające się w oczy kolekcje: aniołów, latarenek, lampionów, świeczników, ramek, wazonów, obrusów i lamp (naftowych i elektrycznych).

Latarenkowo...


Świecznikowo...


Lampeczkowo...


Rameczkowo...


Aniołkowo...


Najchętniej i najczęściej kupuję rzeczy używane, na pchlich targach. Uwielbiam dany przedmiot „wygłaskać" i wykończyć go wedle własnego uznania. Jedynie chyba kolekcja aniołów w całości pochodzi z moich ulubionych sklepików.
Czasem zastanawiam się, czy TO już nie urosło do rangi choroby...
Jednak mam na TO swoje wytłumaczenie.
Otóż, od lat, moim największym marzeniem jest zamienić mieszkanko w mieście na niewielki, stary, uroczy domek pod lasem. Może być ostatecznie duże, wysokie mieszkanie w starym budownictwie, gdzieś na obrzeżach małego, miasteczka...
Dlatego zbieram moje ulubione rzeczy w takich ilościach, z nadzieją, że każda z nich znajdzie kiedyś swoje docelowe miejsce w nowym, większym wnętrzu.
Na chwilę obecną jest to wręcz niemożliwe, głównie za względu na syna, który chodzi do II klasy gimnazjum. Nigdy w życiu nie zburzę mu dziecięcego świata z dnia na dzień tylko dlatego, że mi się marzy...
Cierpliwie poczekam. Za 5 lat opuści rodzinne miasteczko, wyjedzie na studia, a wtedy dopiero pomyślę poważnie o sobie i swoich planach. Nie jestem z tych, którzy robią wszystko „po trupach", by dojść do celu. Uważam, że na wszystko kiedyś przyjdzie ten odpowiedni moment.
Na razie żyję dniem codziennym.

Anioł i Anielica


Stróże wszechświata...


Anioły: mądrości, miłości i radości 


Dziękuję Bogu za to, że mam: dobrego, troskliwego faceta, który porzucił swoją ukochaną, rodzinną wieś, by zamieszkać ze mną w mieście, zdolnego syna, który od początku szkolnej edukacji jest najlepszym uczniem w klasie, oboje rodziców, którzy cieszą się dobrym zdrowiem, i dwa małe serduszka do kochania.
Uważam, że mam powody, by czuć się szczęśliwą.
A domek pod lasem, może jeszcze troszkę poczekać...
........................................
Są rodziny zamożne, żyjące dostatnio, którym los sprzyja. Są też i takie, które ledwo wiążą koniec z końcem, gdzie głód na przemian przeplata się z chorobą. Nie należę ani do jednej, ani do drugiej grupy. Jestem gdzieś po środku. Często mam ochotę i potrzebę serca, by nieść pomoc tym najbardziej potrzebującym. A do tej grupy zaliczam zawsze tych najsłabszych i najbardziej bezbronnych. Rozczula mnie do bólu los chorych dzieci i bezbronnych zwierząt.
Ostatnio przegrała walkę z chorobą mała 5-letnia dziewczynka Pola Wesołowska. Po jej odejściu, nie mogłam otrząsnąć się przez tydzień. Nie mogłam pogodzić się, nie mogłam zrozumieć... Jeśli ktoś zechce poznać tą wyjątkową istotkę, której życie było jednym, wielkim cierpieniem, wystarczy wpisać w wyszukiwarce jej imię i nazwisko.
Moja blogowa przyjaciółka Majeczka, która jest bardzo wrażliwą osóbką powiedziała mądre słowa: „spieszmy się pomagać ludziom, życie jest takie krótkie. A tylko tyle po nas pozostanie, ile zdołamy pomóc".
Ta dziewczyna naprawdę ma WIELKIE SERCE.
Pomyślałam sobie, że i ja powinnam, nie tylko wypłakiwać łzy przed monitorem, telewizorem, gazetą, lub książką, ale mogę coś, cokolwiek zrobić, by choć w najmniejszym stopniu przyczynić się dobrym uczynkiem tym najbardziej potrzebującym. Tyle, że nie mam w zanadrzu funduszy, które mogłabym przeznaczać na szczytne cele. Ale mam coś, to coś to moje „zbieractwo". Uświadomiłam sobie, że moja „mania prześladowcza" kolekcjonowania wciąż to nowych rzeczy, może mieć w końcu jakiś pozytywny aspekt. W piwnicy, w kartonach zalega całe mnóstwo różności, którymi niegdyś cieszyłam oczy. Cudownie byłoby przeznaczyć owe zbiory na jakąś aukcję charytatywną na rzecz chorych dzieci. Sama świadomość tego, że moje „złotówki" mogą przyczynić się do zakupu kolejnej porcji leku na chorobę nowotworową, lub środka znieczulającego ból, sprawia, że mam nieodpartą chęć niesienia pomocy.
Ponieważ moja „choroba kolekcjonerska" jest nieuleczalna, będą powstawać nowe zbiory. I w ten sposób co jakiś czas zgromadzi się garstka rzeczy, które zamiast leżakować w piwnicy, będę mogła przeznaczyć na jakąś aukcję.
Niby niewiele, zaledwie kropla w morzu.
Ale kropla do kropli, ziarnko do ziarnka...
..................................
Podczas, gdy pisałam tego posta, moi faceci ucięli sobie poobiednią drzemkę. Ramzes, jak widać wygodnie ułożył się w bardzo newralgicznym miejscu. Ja bym tak nie ryzykowała...
Nigdy nie wiadomo jaka reakcja nastąpi w brzuchu po zjedzeniu posiłku. Fermentacja jest rzeczą naturalną.
Ciekawe, czy jak wrócę, będzie przytomny,
czy lekko odurzony... ? :))


....................................................


oceń
0
0

Jesień nad Odrą.

Sobota była dosyć ciepłym dniem. Promienie słońca nieśmiało zachęcały do spacerów.
Więc, czemu nie?
Skusiliśmy się na dłuższy, przedobiedni spacer brzegiem Odry.
Lubię to miejsce. Tu bowiem spędziłam większość swojego dzieciństwa. Kiedyś było tu pięknie...
Rzeka na tyle czysta, że można było się w niej kąpać. Drzewa zdrowe, ogromne, dające upragniony cień i stwarzające tyle możliwości do dziecięcych zabaw. Trawa zawsze soczysta, zielona, koszona...
Dzisiaj to miejsce przypomina zapomniany przez ludzi busz. Transport rzeczny zniszczył naszą Odrę. Drzewa stare, zapomniane, nadpalone przez chuliganów, którzy w ten sposób dają upust swoim negatywnym emocjom. Dzika trawa, nie koszona od lat, która wzrostem miejscami równa się ze mną...
Serce się kroi, gdy patrzę, co pozostało po pięknej łące.









Szliśmy jak zawsze, swoim ulubionym szlakiem. Po drodze mijaliśmy nie jednego zapalonego wędkarza. Chaszcze utrudniały spacer. Musieliśmy podnosić wysoko nogi, by przedrzeć się przez plątaninę konarów i suchych strąków. Nasz niskopodwoziowy piesio dzielnie maszerował przed nami. Jego nisko „zawieszony" brzuszek i „klejnoty" rodem Ramzesa Wielkiego były narażone na liczne otarcia.







Po drodze, przy każdym postoju uwieczniałam na zdjęciach chwile wspomnień, a Ramzes w tym czasie rozkoszował się trawą. Zajadał ją z taką lubością, jakby zdawał sobie sprawę, że następna taka gratka czeka go dopiero po zimie.



Na końcu drogi, dłuższy postój na mostku. Oparliśmy się o barierkę, a słoneczko rozkosznie grzało nas w plecy. Staliśmy tak dłuższy czas, praktycznie w milczeniu, jedynie rozkoszując się chwilą...
Nasz pupil prosił, by wziąć go na ręce. Pewnie już bolały go łapki po tej wyczynowej ścieżce zdrowia. Gdy tylko znalazł się metr nad ziemią nie skrywał radości :)





Niestety, czas wracać do domku, czeka mnie jeszcze gotowanie obiadku.











Po powrocie Ramzes dosłownie padł. Nie chciał nawet zjeść swojego przysmaku - mięsa z puszki. A to w jego wykonaniu zakrawa na ciężką chorobę, gdyż żarłok z niego nieziemski.
Tylko zastanawiam się, co było przyczyną?
Czy zmęczenie, czy może fakt, że skosił i skonsumował ogromną połać łąki :))

..............................................

Z innej beczki...
Gdy Darek wstaje do pracy na I zmianę (godz 3:50!),
zawsze jest ten sam scenariusz...
Krząta się po mieszkaniu jakieś pół godziny szykując się do wyjścia. Ramzes udaje że śpi, choć postawione niczym radary uszy zdradzają jego chytry plan. Gdy tylko usłyszy zgrzyt kluczy w zamku, czyli oznakę, że pan definitywnie opuścił mieszkanie, to jest znak, że może niczym wystrzelony z procy zrobić skok do łóżka śpiącej pani.
A w takim momencie jest najszczęśliwszym psem na świecie :))



Śpimy razem, do 7.
Tak właśnie było i tym razem, czyli dzisiaj.
Fotka oczywiścia robiona o 4:30!
Miłej niedzieli kochani :)
....................................................


oceń
0
0

Wymarzony kufer w roli ławy.

Wreszcie spełniło się moje małe marzenie...
Od kilku lat „wypatrywałam" kufra. Nie musiał być stary, z piękną historią, nie musiał być niezwykłej urody, ale za to musiał być pojemny, mieć odpowiednie wymiary i płaskie wieko, gdyż miał u mnie pełnić rolę ławy i jednocześnie dodatkowego mebla służącego przechowywaniu podręcznych różności.
Trudno było doszukać się takiego, zawsze coś było nie po mojej myśli. Wreszcie natknęłam się w internecie na Pana, który robi takie cuda pod wymiar.
Zamówiłam sobie moją wymarzoną skrzynię o wym:
dł: 100cm
szer: 60cm
wys: 40cm

Prosiłam w mailu, aby została wysłana w stanie surowym, gdyż ja sama pragnęłam ją wykończyć wedle własnego uznania. Poprosiłam również o całkowicie symetryczne wykonanie. Wszak kufer stojący pod ścianą nie musi wyglądać iście jednakowo z przodu jak i z tyłu. Jednak w przypadku ławy jest to bardzo istotne.
Okres oczekiwania wyniósł zaledwie ok 2 tygodni.
Wreszcie w poniedziałek kurier (a właściwie dwóch) dostarczyli mi do domu ogromną przesyłkę. Ależ się ucieszyłam!
I niemal od razu przystąpiłam do działania. Pomalowałam go dwukrotnie bejcą w kolorze orzech średni. Na drugi dzień przez całe trzy godziny „jechałam" papierem ściernym o bardzo drobnym ziarnie (P 1200). W ten sposób pozbyłam się zew. warstwy bejcy odsłaniając piękne słoje. Z kolei nieco tylko grubszym papierem (P 800) zaokrągliłam wszystkie brzegi i kanty.
Na razie koniec pracy. Teraz czekam na przesyłkę z woskiem wybielającym, gdyż nie dostałam go w moim mieście. Już zaopatrzyłam się w szczotkę miedzianą o dość miękkim „włosiu", by przed ostatecznym wtarciem wosku otworzyć nią pory w drewnie.
I jeszcze jedna ważna rzecz... Od jutra biegam po sklepach w poszukiwaniu odpowiednich okuć w kolorze czarnym, bądź białego metalu. Chcę dorobić po obu stronach po dwa uchwyty do przenoszenia, oraz narożne elementy ozdobne.
Na razie pokazuję go w stanie w jakim jest na dzisiaj.
Jeżeli ktoś marzy o podobnym, chętnie podam namiary na firmę, maila, oraz nr telefonu.











Muszę przy okazji jeszcze wtrącić o maleństwie... :)
Ogonek jest tak rozkosznym, niekłopotliwym i grzecznym szczurkiem, że zaczynam bzikować na jego punkcie :))
Każdorazowo po wypuszczeniu z klatki najpierw najada się smakołykami do syta, potem biega poznając cały teren i napotkane przedmioty. Na razie jego całym światem są jedynie dwie kanapy. Jest jeszcze zbyt malutki, by robić wyprawy po całym mieszkanku. Jak się już zmęczy, od razu przybiega do mnie, by wtulić się i zasnąć. Śpi przy tym tak kamiennym snem, że można z nim robić cuda :)
Wczoraj usnął mi na dłoni. Siedziałam obarczona bezbronnym pupilem dobre 1,5 godz, oglądając przymusowo tv. Po przebudzeniu pobiegł od razu do stojącej obok klatki. I to po co? Po to, by od razu zrobić siusiu! Niesamowite!!! Ten maluszek dopiero został oderwany od matki, i już po kilku dniach biegnie załatwiać sprawy fizjologiczne w przeznaczone miejsce. Ich spryt i inteligencja naprawdę są powalające. Nie dziwię się małemu szczeniaczkowi, albo kociakowi, ale szczur! W takiej maleńkiej główce tyle rozumku :))
Zobaczcie sami, czyż nie jest słodki? :))






....................................................


oceń
0
0

Nowy domownik :)

Na wstępie małe ostrzeżenie...
Post bardzo długi i dla ludzi o mocnych nerwach... :)

Od dziecka kochałam wszelkie stworzenia; małe i duże, piękne i te mniej urokliwe, owłosione i te gołe jak kolano... Nieważne jakie. Ważne, że potrafiłam je wszystkie kochać, bez wyjątków.
W dzieciństwie czułam się bardzo samotna...
Byłam i jestem jedynaczką.
TO STRASZNA CHOROBA!
Podczas, gdy moi rówieśnicy mieli rodzeństwo z którym na przemian raz się bawili, a raz bili, ja zawsze byłam sama :(
Cierpiałam z tego powodu potwornie. A teraz kiedy jestem dorosłą kobietą cierpię jeszcze bardziej. Najgorszym okresem są wszelakie święta, podczas których wielkie rodziny gromadzą się przy jednym stole. U mnie bardzo skromnie: rodzice i my.
Dlatego każdej przyjaciółce, każdej koleżance, każdej napotkanej dobrej duszyczce odradzam posiadanie jedynaka. To największa krzywda, jaką można wyrządzić swojemu dziecku już na starcie.
I właśnie dlatego, że czułam się tak bardzo samotna zawsze były w naszym domku 2-3 zwierzaczki. Pamiętam pierwszego chomika Kubusia, potem parkę Basię i Brysia, którzy dochowali się licznego potomstwa. Był kotek Dzikusek, świnki morskie: Maciusia, która żyła z nami całe 9 lat, Emilka i nieco płochliwy Murzyn. Były też króliczki Czarusia i Pusia, szynszyl Punelek, szczurki: Fred, Hektor, Myszka, Pinki i Czarka, oraz ukochana, najmądrzejsza na świecie „wilczyca" Kora.
Minęło od tamtych chwil tyle czasu, a ja je wszystkie mam zachowane głęboko w pamięci.
.....................................
Do zeszłego tygodnia miałam jedynie znajdkę - kundelka Ramzesa. Mój mały piesio z wielkim ADHD :)
Ale z przyzwyczajenia do większej liczebności „małych serduszek" bardzo chciałam powiększyć naszą rodzinkę :) Ponieważ mieszkanko malutkie, nie mogłam z przyczyn oczywistych pozwolić sobie na drugiego psiaka, czy kociaka. Więc musiał być to pupil z rodziny gryzoni. Najmilej wspominam moje przesympatyczne, inteligentne, przezabawne...szczurki.
Tak, wiem, że część płci pięknej w tym momencie krzywi się do monitora :)
Zaczęłam się interesować tymi „odrażającymi" stworzeniami, od kiedy w wieku ok 10 lat obejrzałam pierwszy film z cyklu popularno-naukowych o wysokiej inteligencji tych znienawidzonych przez ludzi zwierząt.
Musiałam je mieć, by na własnej skórze przekonać się, czy ludzie słusznie się ich boją.
Oto moje spostrzeżenia:
Szczury są niezwykle inteligentne, sprytne, sprawne fizycznie i przezabawne stworzenia. Posiadają wrodzoną, wręcz przesadną fobię na punkcie czystości. Myją się obsesyjnie po kilka razy dziennie, po każdym jedzeniu i każdym przebywaniu poza klatką. Bardzo szybko się oswajają. Bardzo szybko się uczą. Rozpoznają wszystkich swoich opiekunów, nawet „dochodzących" gości. Nigdy nie gryzą! Mam tu na myśli zarówno te ugryzienia właścicieli, jak i podgryzanie wszystkiego w zasięgu wzroku, tak jak często czynią to gryzonie. Są niezmiernie przesympatyczne. Nie są wogóle płochliwe, nie uciekają i nie chowają się w żadnych zakamarkach naszego domostwa. Bardzo szybko oswajają się ze wszelkimi innymi zwierzętami domowymi. Są mało kłopotliwe, gdyż jedzą dosłownie wszystko, tak jak ludzie, nie potrzebują sporo przestrzeni życiowej, nie chorują. Ich zachowanie bardzo przypomina kota. Uwielbiają się bawić. Są bardzo bystre i spostrzegawcze. Moje szczurki zawsze biegały luzem po mieszkaniu. W niewielkiej klatce zamykane były jedynie na noc i wówczas, gdy zostawały same w domu pod nieobecność właścicieli. Tak bardzo zżywają się z opiekunem, że wypuszczone luzem cały czas pragną być przy nas. Trzeba cały czas patrzeć pod nogi, by nie nadepnąć na wszędobylskiego pupila. Uwielbiają siedzieć na ramieniu. Można z nimi tak chodzić godzinami po mieszkaniu robiąc różne rzeczy. Można nawet z takim szczurkiem na ramieniu wybrać się na spacer. Siedzi grzecznie zawsze przodem do kierunku marszu, cały schowany jest pod włosami, więc czuje się bezpieczny. Z tyłu na plecach wisi jego długi ogon, a z przodu spod włosów wygląda ciekawski wszystkiego pyszczek z pięknymi, dostojnymi wąsami. Szczurki wypuszczone z klatki najpierw badają cały znany im już teren. Wariują, biegają, cieszą się i skaczą. Potem, jak się „wyszaleją" stają się spokojne i zawsze w pobliżu pana ucinają sobie drzemkę. Czynią to najchętniej na jego ramieniu, na kolanach, lub wchodzą pod bluzkę, lub do szerszego rękawa, by tam w cieple i spokoju delektować się bliską obecnością właściciela.
Kurcze, mogłabym tak godzinami rozpisywać się na temat tych uroczych stworzonek i snuć opowieści o ich zachowaniach, które często przyprawiały mnie o przysłowiowe „opadanie szczęki" :))
Czas, więc przedstawić naszego nowego domownika,
którym jest maleńki szczurek OGONEK :)



Nie myślcie sobie, że poszło mi z jego kupnem tak łatwo...
Przez ostatnie trzy lata ciągle prosiłam mojego Darka, by ten zgodził się na przyłączenie do naszego stadka szczura. To typowy chłop pochodzący z typowej polskiej wsi, gdzie od urodzenia wpaja się dzieciom, że szczur to wstrętne, paskudne zwierzę, które jak tylko się pojawi, to trzeba natychmiast dać mu w łeb. Nie dziwię się Darkowi, że wobec wpojonej wiedzy nie chciał słyszeć o posiadaniu szczura. Nie dziwię się też i ludziom ze wsi, że mają takie a nie inne podejście do tego gryzonia. Wszak sama, gdybym zobaczyła na własne oczy dzikiego szczura to chyba wlazłabym na czubek najwyższego drzewa.





Ale te szczurki hodowlane (laboratoryjne) to zupełnie inne zwierzaki. Mają inną budowę ciała. Są dużo mniejsze, wolne od chorób. Posiadają różne umaszczenia: od białej, poprzez łaciatą, do czarnej. Jest też piękna, nowa odmiana, tzw błękitna. Moja szczurzyczka Pinki była właśnie w takim niespotykanym, szaro-niebieskim kolorze.
Ilekroć byliśmy razem w mieście, zawsze zaciągałam mojego nieprzejednanego chłopa do sklepu zoologicznego. Za każdym razem chciałam się nacieszyć obecnością wszelakich maluszków, ze szczególnym uwzględnieniem wiadomo kogo :)



W zeszłym tygodniu stał się cud!!!
Podczas kolejnych odwiedzin w sklepie, sam zauważył maleńkiego, czarnego szczurzyka, który wtulał się w gromadkę swoich sióstr i braci. Coś w nim pękło i powiedział: „kochanie, jak tak bardzo chcesz, to kup sobie tego szczura, ale pamiętaj, ja go do ręki nie wezmę." Z jednej strony ogromna radość, z drugiej zaś dylemat: „jak go do ręki nie weźmiesz, jak on sam będzie Ci się do ręki pchał?" - pomyślałam...
Kupiłam, z nadzieją, że martwić się będę później.
Ale nie musiałam, ani później, ani wcale. Darek po prostu zwariował na punkcie tego przesympatycznego maluszka. Sam go bierze na ręce, czule do niego przemawia, karmi go tym co i on w danym momencie je. Pilnuje, aby nasz Ramzes nie zbliżał się zbytnio, gdyż boi się, że ten zrobi maluchowi krzywdę.
Cieszę się ogromnie!!! :))
Największy problem stanowi teraz oswojenie „jedynaka" Ramzesa, rozpieszczonego pupila, do nowego domownika. Pies dosłownie oszalał! Nie odstępuje klatki na krok. Wylizuje szczebelki, piszczy prosząc, by malucha wypuścić. Gdy tylko ktoś wejdzie do mieszkania, ten od razu pędzi w stronę szczurka, przytyka nos do pręcików, merda ogonem i...już nie ma prawa nikt więcej oprócz niego tam przebywać.





Już moja w tym głowa, by stanowili niebawem nierozłączną parę przyjaciół, tak jak kiedyś suka Kora i szczurki, dwaj bracia: Fred i Hektor.
...............................................
Niestety, chcę być z Wami w pełni szczera i muszę napisać o jednym, jedynym mankamencie posiadania tego zwierzaczka... Ich życie jest niesprawiedliwie krótkie, za krótkie, zaledwie 30-36 miesięcy!!! Może dlatego tak szybko wszystkiego się uczą, bo i szybko odchodzą...
Pomimo to, zachęcam tych, którzy nie czują obrzydzenia ani strachu do zakupu tych zwierząt, z którymi obcowanie daje wiele radości i niezapomniane chwile.
..............................................
Bądź z nami szczęśliwy Ogonku.
My dzięki Tobie już jesteśmy szczęśliwsi :)

PS.
Ponieważ kilka osób bezskutecznie próbowała wpisać się w Księdze Gości, postanowiłam "uruchomić" komentarze pod wpisami.
Tylko wiem, że kiedyś i z nimi bywały problemy... 
....................................................


oceń
0
0

HONOROWE WYRÓŻNIENIE.

Spośród tylu blogów, które odwiedzam regularnie już od dłuższego czasu, postanowiłam wyróżnić 4, które moim zdaniem zasługują na specjalne miano „SERCE ZA SERCE".
Blogi prowadzą osoby, które całym sercem kochają wszelkie stworzenia, naszych „młodszych braci". Często te zwierzaki były chorymi, zaniedbanymi, bezbronnymi istotami. Ich los diametralnie się odmienił, gdy spotkały na swojej drodze (wymienię w kolejności, w jakiej poznałam te cudowne osóbki o wielkim sercu):

Majeczkę, która posiada 4 cudowne psiaki i dwa kotki. Często wspiera różne akcje charytatywne na rzecz cierpiących zwierząt. Pisze swojego bloga „Od tak :)" ujmując w nim rzeczy ważne i mniej ważne...

Elisse, która opiekuje się różnorodnym zwierzyńcem, począwszy od psów i kotów, poprzez królika, tchórzofretki, żółwiczkę, a skończywszy na zajączku o wdzięcznym imieniu Adamek.
Spisuje na swoim blogu wszystko co zostało
„Utkane z marzeń"...

Ori, która przygarnęła pod swój dach i do swojego wielkiego serducha gromadkę 10 kochanych psiaków i kilka uroczych kotków. Wszyscy razem zamieszkują cudowne miejsce, w którym zawsze panuje „Pełnia lata w domu Tymianka"...

Ma.ol.su, która całe serce oddała swoim ukochanym podopiecznym o jakże odmiennym ubarwieniu i jakże odmiennych charakterach. „Dwanaście kotów" przeuroczych i przezabawnych jest powodem Jej wielkiego szczęścia...

Dla tych osób stworzyłam specjalne wyróżnienie.
Zasługują na nie jak mało kto.
Bowiem uważam, że nie jest sztuką kochać drugiego człowieka, gdyż zawsze kochamy
„kogoś za coś"...
Za to że nas urodziła, za to że nas wychowała, za to że jest dla nas dobry, za to że nam na wiele pozwala, za to że przymyka oczy na nasze błędy, za to że nam niczego nie odmawia, za to że nam dużo czasu poświęca, za to że nam pomaga, za to że się nami opiekuje, za to że ciężko na nasz dom pracuje, za to że nam wybacza...
Zawsze jest „TO COŚ"!!!
Nawet sobie sprawy z tego nie zdajemy,
ale ONO JEST!
Prosty przykład:
Żona kocha bezgranicznie DOBREGO męża. Wychwala go pod niebiosa, dogadza mu na każdym kroku. Za kilka lat słyszymy ROZWÓD! Dlaczego? Bo nagle stał się ZŁY... Człowiek niby ten sam, ale uległo zmianie jego wnętrze. Nie możemy się z tym pogodzić, więc czas na ROZSTANIE.
Miłość do zwierząt jest inna, specyficzna.
Kochamy je nie „za coś", tylko „ZA TO ŻE SĄ"...
Zwierzęta mają tak różne charaktery. Podobnie jak w świecie ludzi trafiają się „egzemplarze" ciepłe, spokojne, wesołe, skore do zabawy. Są też ruchliwe, wścibskie, psotliwe, nadpobudliwe. Bywają również nieposłuszne, krnąbrne, złośliwe, a nawet agresywne.
Lecz kochamy je wszystkie na równi, bez wyjątków. Doskonałym przykładem są cudowne wpisy na blogu ma.ol.su, która wspaniale opisuje różnorodność zachowań i charakterów swoich podopiecznych. Niestety nie wszyscy ludzie potrafią kochać bezinteresownie. Często ich "miłość" czeka na płynące z niej liczne korzyści...

Kochane dziewczyny, jest mi niezmiernie miło obdarować Was specjalnym, honorowym wyróżnieniem
„SERCE ZA SERCE".
Potraficie kochać bezinteresownie, nieść pomoc i udzielić schronienia tym najbardziej bezbronnym...
Podziwiam Was i jednocześnie Wam zazdroszczę, że macie ku temu stworzone doskonałe warunki.
Życzę Wam wielu, wielu radości w obcowaniu
z Waszymi „serduszkami do kochania".

A to specjalnie dla Was:

Gratuluję Wam
Waszych wielkich serc :)

Wskazówka techniczna:
aby pobrać wyróżnienie należy zapisać obrazek, zmieniając jego nazwę pliku z istniejącej "pu.i" na dowolną. Bez tego zabiegu operacja zapisu nie powiedzie się.
....................................................


oceń
0
0

Naprawdę warto.

Ten wpis jest tylko dla Was kobietki :)
Długo się zastanawiałam, czy w ogóle go tu zamieścić.
Nie jestem bowiem „modnisią", która każdą chwilę poświęca modzie i urodzie. I mój blog nie powstał z zamiarem „rozprawiania" o kosmetykach. Ale pomyślałam sobie, że skoro mnie tak pozytywnie zaskoczył przedmiot dzisiejszego posta, to może i Wam ten mój osobisty test będzie przydatny. Wszak są takie chwile, kiedy każda z nas chce wyglądać pięknie. Nie mówię, że na co dzień, ale są dni kiedy po prostu chcemy się podobać :)
Kupując kremy, balsamy, czy inne „smarowidła" oczekujemy od nich skuteczności. Ale kupując kosmetyki „kolorowe", typu pomadki, błyszczyki, cienie, czy tusz do rzęs oczekujemy trwałości.
I dzisiaj właśnie o tej trwałości chciałam napisać.
Natknęłam się na produkt (błyszczyk) absolutnie trafiony w „10" :)
Po raz pierwszy w życiu kosmetyk spełnia w 100% powierzoną mu rolę, a mianowicie jest trwały, nie ściera się, kolor i blask utrzymuje się do 12 godzin! Można bez obaw jeść, pić i... całować się :)) a on pozostaje tam, gdzie powinien być, na naszych ustach.
Trafiłam na niego przypadkiem, testując w sklepie różne błyszczyki dostępnych firm. Testerem pomalowałam próbki na dłoni w poszukiwaniu odpowiedniego odcienia. Ale gdy na koniec chciałam je zetrzeć za pomocą chusteczki, za jednym pociągnięciem starły się wszystkie, oprócz tego jednego...
Stwierdziłam, że muszę go wypróbować. Test następnego dnia (już na ustach) wyszedł bardzo pozytywnie. Jadłam, piłam, a on był na miejscu przez cały dzień.
Maluje się nim dwuetapowo. Najpierw nakłada się kolor i chwilkę odczekuje, aż kosmetyk „wyschnie". Dopiero wtedy nakłada się warstwę błyszczyku.
Na koniec wyjawię „bohatera" dzisiejszego posta:
MAYBELLINE - „superstay power gloss 12H color-shine"
Kosmetyk kosztuje w zależności od proponowanej ceny danej sieci sklepów od 20 do 28 zł. Wydaje się bardzo niewiele, jak za coś, co jest tak trwałe i wystarczy użyć go raz dziennie.
Szczerze polecam :)





Ramzes najzwyczajniej w świecie jest znudzony moim entuzjazmem skierowanym nie w jego stronę. On w ogóle nie pojmuje jak można być zafascynowanym czymś takim! Stroni od wszelakich kosmetyków na przysłowiowy kilometr. Gdy chwytam w rękę flakonik perfum, lub lakier do włosów, ten ucieka w bezpieczne miejsce i stamtąd groźnie obserwuje jak mgiełka kosmetyku unosi się złowrogo w powietrzu. Minę ma przy tym tak zafrasowaną, że pojawia mu się na czole kilka zmarszczek.
Ba, nawet boi się zwykłej, czystej wody w wannie, od kiedy bawiąc się wskoczył do ciepłej kąpieli myśląc, że w wannie jest jedynie jego przyjaciel Oskar. Myślałam, że umrę ze śmiechu, gdy usłyszałam głośny plusk, od razu przybiegłam, a Ramzes wynurzył się spod wody z wielką czapą piany na czubku głowy :)))
A gdybyście mogli zobaczyć co robi, gdy asystuje mi podczas mycia zębów... kicha, prycha, potrząsa głową na boki, szczerzy wszystkie zęby. W końcu warczy na tubkę i udaje wielkiego wojownika. Gdy pasta się skończy, daję mu zakręconą tubkę, by mógł przez najbliższą godzinę pokazać jaki to z niego jest gieroj i jaką ma przewagę nad ostro pachnącym miętą wrogim jegomościem.
Dziś najwyraźniej znudzony pogodą woli przespać nudę.





Darek znowu mnie zaskoczył i to jak!
Widząc, że szykuję obiad spytał, za jaki czas będzie gotowy? Gdy usłyszał, że jeszcze ok 40 min, powiedział, że skoczy motorem na stację CPN po olej i od razu go wymieni. Ok.
Wrócił lekko spóźniony i tak jakoś dziwnie uśmiechał się :) Okazuje się, że zdążył wyjechać parę kilometrów za miasto, po to, by zerwać mi „dary natury". Powiedział: „kochanie, proszę to dla Ciebie. Zrobisz z tego jakąś jesienną dekorację..." No, szczęka mi opadła ze zdziwienia i wzruszenia. Jacy Ci nasi panowie potrafią być kochani... :))
I to zupełnie bezinteresownie!
A to już zakrawa na miano sukcesu...
w wychowaniu sobie partnera :)



Zrobiłam więc skromny stroik jesienny. Widziałam błysk radości w oczach Darka. Wieczorkiem zapaliłam świeczuszkę i raczyliśmy się wspólnie urokiem nadchodzącej jesieni. Niestety, dalszą część wieczoru spędziłam sama, bo Darek pojechał na nockę, a synuś „uderzył w kimonko" :)







Oj, zapomniałam o Ramzesku!
Fakt, nie byłam zupełnie sama.
Był przy mnie cały czas on i jego...odorek, który rozsiewał po zjedzeniu resztek sałatki żydowskiej.
A wiadomo co się dzieje po zjedzeniu mieszanki wybuchowej, w której skład wchodzi: ziemniak, ser żółty, jaja, cebula i majonez...
Lepiej nie mówić! :))
....................................................


oceń
0
18

Urocza niedziela.

Po tylu dniach cierpienia niedziela okazała się być łaskawsza. Ból jakby na chwilę, na ten dzień opuścił moje wnętrze. Zapragnęłam z całego serca wyjść z domu, na romantyczny spacer we dwoje.
Naszykowałam w woreczku kilkanaście kromek chleba...
Poszliśmy spacerkiem na centralny plac pod Kościół Św. Mikołaja. Ten teren jest bardziej uczęszczanym miejscem niż Rynek naszego pięknego, starego, zabytkowego miasta. Na gzymsach starych, odrestaurowanych kamienic toczy się życie. Znalazły tu swoje miejsce gołębie. W pobliżu restauracja, kawiarnie i tylu dobrych ludzi niedojadających i wyrzucających w kosz resztki jedzenia...
Raj na ziemi!









Z tego miejsca mają doskonały punkt obserwacyjny. Wystarczy usiąść na jednej z ławeczek na placu kościelnym, sięgnąć ręką do szeleszczącej torebki i sypnąć pierwszą garść pysznych okruchów, by po chwili zleciało się całe ptasie stadko.
Tak, te kromeczki chlebka dla nich właśnie przyniosłam. Z nieskrywaną radością kruszyłam i karmiłam nimi ptaszki. A Darek przyglądał się temu z uśmiechem na ustach i pstrykał nam zdjęcia.
Spośród wszystkich znalazł się tylko jeden oswojony na tyle, by jeść prosto z ręki i podejść na tyle blisko, bym mogła go delikatnie, niczym muśnięcie piórka dotknąć jego małej główki.
Po obfitej porcji suchego, zapychającego chlebka ptaki uzupełniały zapas wody z pobliskiego miejskiego hydrantu, które władze miasta postawiły w upalne lato dla potrzeb jego mieszkańców.
Siedziałam i obserwowałam...







W zatopionej w betonie metalowej misie małe wróbelki urządziły sobie istne kąpielisko. Większe ptaki, np. gołębie miały poidełko. Czasem piesek podbiegł, by zaczerpnąć parę łyków. Co chwilę jakaś mama z maluszkiem podchodziła, by wymyć pod bieżącym strumieniem wody upaprane małe rączki po klejącym lodzie. Starsi podchodzili, by "łyknąć z ręki" parę łyków chłodnego orzeźwienia. Był też i bezdomny, starszy pan, który nabrał wodę do plastykowej butelki po napoju. Potem usiadł na uboczu, by zjeść suchą bułkę i popić zaczerpniętą wodą...
W tym momencie ucichły nasze rozmowy, siedzieliśmy w milczeniu. Wiem, że obojgu chodziły nam po głowach te same myśli... Byliśmy wdzięczni losowi za to że mamy swoje własne choć ciasne mieszkanko. Mamy bieżącą wodę i możemy ją przed wypiciem przegotować. Takie prozaiczne i takie ważne...
Spędziliśmy na ławeczkach ponad 2 godziny.







Potem poszliśmy do ulubionej restauracji „El passo" na obiadek. Chyba żeby uczcić ten dzień, dzień bez bólu i cierpienia jeszcze pozwoliliśmy sobie na galaretkowo-owocowy deser, oraz koktajl owocowy w pobliskiej kawiarni.



Do pełni szczęścia wpisał się na koniec długi spacer alejkami parkowymi.

To był udany dzionek.
Niby nic szczególnego, a jednak po dniach bólu spędzonych w czterech ścianach taki dzień wystarczył, by poczuć chęci do dalszego życia...

Niestety, na spacer po mieście nigdy nie zabieramy Ramzeska. Mój pupil ma tak duże ADHD, że w miejscach, gdzie jest ogrom bodźców zewnętrznych, po prostu „wariuje". Wie, że skoro ukochana pani jest koło niego (czyli zawsze go obroni) to oznacza, że można poczuć się kimś WIELKIM i np. szczekać na inne psy, podjadać z kociej miski karmę, niemal fruwać za ptakami...
O, nie! Mój Ramzes zdecydowanie nie nadaje się do kulturalnych spacerków uliczkami miasta. Teren, gdzie może bezkarnie buszować, to duża łąka nad brzegiem rzeki przy której mieszkamy.
A tu chodzi nawet...po drzewach :)


....................................................


oceń
0
0

Lampiony z patyczków...

Moja mania zbieractwa czasem zupełnie nieprzydatnych pierdółek, często okazuje się być bardzo twórcza i pomysłowa.
Od zeszłego roku „zbieram" okrągłe patyczki po lodach „Świderki". Letnią porą praktycznie codziennie po obiedzie zjadaliśmy „świdra" na deser :) Patyczki, na których jest osadzony lód zafascynowały mnie...okrągłe, gładkie, proste, równe, mocne, trwałe i co najważniejsze drewniane.
Po zjedzeniu szybkie mycie pod bieżącą wodą, suszenie i składanie w tekturowym pudełku. Ostatnio wpadłam na pomysł, by zrobić z nich osłonki na wazonik z kwiatuszkami i wyczarować z nich lampion na świecę.
Użyłam do tego celu wysokie, proste szklanki. Dookoła ułożyłam patyczki, ściśle jeden przy drugim. Mocno obwiązałam rzemieniem i...gotowe! :)





Bukiecik w takim patyczkowym, drewnianym wazoniku wygląda przecudnie. Ale świeczka zapalona...to już zupełnie inna bajka :)
Przez jednakowej wielkości szparki przebija się płomień świecy, który „tańczy" dając wrażenie palącego się ogniska.





Już dawno odkryłam, że gdy umieści się świeczkę w wąskim ale wysokim naczyniu zaczyna działać prawo fizyki. W takich warunkach świeca z trudem się spala, gdyż ma zbyt mało tlenu potrzebnego do tego procesu. W tych trudnych do spalania warunkach płomień zaczyna „szaleć", tańczy robiąc w ten sposób wokół siebie wiatr dostarczający mu nowej porcji tlenu. Niesamowite wrażenie!
Zupełnie inaczej spala się świeca w płytkim naczyniu, lub zapalona zupełnie na wierzchu, np. długie świece w typowych kandelabrach. Spalają się spokojnie. Jakby płomień stał w miejscu i raczył nas tylko swoim światłem.
Zabawa ze światłem to już u mnie jakiś rodzaj obłędu...
Cieszy mnie fakt, że jest zupełnie niegroźny dla otoczenia i nieszkodliwy dla mnie samej :))
Polecam i Wam drogie romantyczki i romantycy, takie eksperymenty ze światłem. Niesamowicie koją nerwy, odprężają i relaksują.

Przy okazji powstała na szybko nowa, skromna dekoracja jesienna. Bardziej „wypasiona" powstanie dopiero po wyprawie do lasu lub spacerze w jednym z naszych pięknych parków.





Ramzes nieco obrażony...
Zniknął z pola widzenia jego (a raczej mój!) ulubiony mięciuchny kocyk. Miał marznąć nie okryty na kanapie, to wolał już udać się do swojego znienawidzonego „apartamentu" na przedpokój. Tam przynajmniej są aż dwa kocyki, choć oba nie takie miękkie. Teraz łypie na mnie jednym okiem i czeka kiedy się domyślę, że on bidulek tak cierpi i wyciągnę TEN kocyk...


....................................................


oceń
1
0

Lustrzane kinkiety.

Jako ogromna miłośniczka wszelakiego światła nie mogłam się im oprzeć...
Znalazłam je na stronach Allegro.
Kinkiety - świeczniki z lustrem.
Czy mogło być coś bardziej trafionego w mój gust i moje upodobania do światła? Nie dość, że kinkiet na świecę, to jeszcze lustro, w którym powiela się płomień ognia i odbijają w zwierciadle sąsiadujące przedmioty.
Zakochałam się :)) Kupiłam dwa.












Oczywiście zakupiony towar dotarł do mnie w dniach bólu i cierpienia. Nie miałam więc sposobności, by móc się nimi tak naprawdę nacieszyć. Mam nadzieję, że jeszcze będzie ku temu niejedna okazja...

A moje maleńkie serduszko do kochania
z wielkim ADHD
jakieś takie spokojniutkie dzisiaj :))


....................................................


oceń
0
0

Podusie i serdusie...

Podczas tych dni bólu i cierpienia faktycznie prawie nic nie robiłam. Prawie...bo jednak udało mi się coś małego wykombinować z rzeczy, które były dostępne w domu, pod ręką.



Uszyłam maleńkie podusie i serdusie...w rękach, na leżąco...z okładem na głowie, czopkiem w tyłku i dożylnym zastrzykiem, który zrobiła mi pielęgniarka środowiskowa.
MUSIAŁAM coś zrobić, bo to uczucie nicnierobienia nie dawało mi żyć.













Przez dwa popołudnia, powolutku uszyłam 6 szt serduszek i 7 poduszeczek. Większość z nich jest dwustronna. Nie mają wszytej zawieszki, która ma ograniczoną długość uszka, lecz posiadają długi, cieniutki sznureczek, dzięki któremu mogę je zawieszać dosłownie wszędzie, nawet w miejscach trudno dostępnych; np. zawiązać przy boku dużej latarenki, przymocować do nogi regału, lub obwiązać wokół wazonika z kwiatkami. Są to moje pierwsze miniaturowe, szmatkowe cacka. Pewnie ani one, ani zdjęcia nie wyszły tak jakbym sobie tego życzyła.
Ale tylko tyle z siebie mogłam „wycisnąć" w tych dniach...








....................................................


oceń
0
0

Potworne męki...

Cierpienie wpisało się w mój życiorys niczym erozja skalna...czyniąc powoli, ale skutecznie spustoszenia i nieodwracalne zmiany.
Dopadła mnie kolejna fala potwornych bóli głowy. Nie mogłam nic robić... nie mogłam sprzątać, gotować, tworzyć swoich „cudeniek". Nie mogłam jeść, ani pić. Nie mogłam nawet wstać, bo gdy tylko moje ciało zbliżało się do pozycji pionowej zaraz miałam potworne zawroty głowy, ból i ten przerażający ucisk! Nie pomagały tabletki, smarowidła, okłady, czopki i zastrzyki. Czasem „igła" przyniosła ulgę, ale na bardzo krótko.
Trwało to kilkanaście dni. W piątek było apogeum...



Oskar w szkole, Darek w pracy. Ja w domu sama, no niezupełnie, towarzyszył mi przecież ból. Po kilku dniach takich potwornych katuszy zaczynam najzwyczajniej wariować... To „nicnierobienie" zabija mnie!!!
Gdy wstałam, by pójść do toalety, a moje ciało rzucone na ścianę nie potrafiło utrzymać równowagi, obraz widziałam jak za mgłą, oblały mnie zimne poty, rozpłakałam się wtedy jak małe dziecko. Jestem już bezsilna. Tyle razy zadawałam sobie to pytanie: Dlaczego? Skąd? Jaka jest tego przyczyna? Czemu to ma służyć?
Kiedyś leciwa, mądra pani doktor powiedziała mi:
„Kochana, popatrz na swoje cierpienia w inny sposób... Nic tak nie uszlachetnia człowieka jak właśnie ból i cierpienie. Jeśli wierzysz w Boga to wiesz, że Twoje cierpienie czemuś służy, ma jakiś cel. Podczas, gdy Twoje rówieśnice oddają się cielesnym uciechom, podczas, gdy popijają piwko w ogródkach piwnych, podczas, gdy dobrze bawią się na imprezach prywatkowych mocno zakrapianych alkoholem, ty jesteś w domu...skromna, cierpiąca, pokorna. Ile mogłabyś w tym samym czasie co Twoje koleżanki popełnić nieodwracalnych błędów! Ile mogłabyś głupstw w tym czasie zrobić, których żałowałabyś do końca życia! Ale Ty moja droga, żyjesz praktycznie bezgrzesznie, bo nie masz sposobności, by je popełniać. Twoje życie skupia się na cierpieniu, a nie na rozrywkach..."
Słowa te wywarły na mnie...szok!!!
I to pod wieloma względami. Byłam zszokowana, że usłyszałam je z ust lekarza. Uświadomiłam sobie, że to faktycznie jest prawda. Pierwszy raz pomyślałam o moich mękach, jako o czymś co ma czemuś służyć. Nawet przyszło mi do głowy, że może przez to jestem w oczach Stwórcy bardziej wartościowym człowiekiem...
Moje rozważania nad nowo usłyszanymi teoriami trwały krótko...do następnych dni bólu i cierpienia.
Wolę nie myśleć, że moje męczarnie mają komuś, lub czemuś służyć. Nie muszę być przez nie idealnym człowiekiem. Chcę żyć i cieszyć się życiem! Pragnę rano budzić się bez bólu, wyjechać za miasto i podziwiać każdy skrawek naszej pięknej planety. Chcę dostrzegać każdą najmniejszą zmianę w naszej przecudownej przyrodzie. Chcę po prostu móc być szczęśliwą!!! Nie pragnę wiele!
Bo jak na razie, ból przesłania mi wszystko...

Jestem właśnie po kolejnym nowatorskim badaniu górnego odcinka kręgosłupa, lekarze podejrzewają, że to on może być przyczyną moich cierpień. Wyniki za dwa tygodnie. Jeśli okaże się, że faktycznie jest „coś nie tak" czeka mnie kolejny tomograf, tym razem kręgów szyjnych.
Może wreszcie nadejdą te lepsze dni...
Na razie Darek przyczynił się do mojej małej radości.
Wiedział, że chcę kupić wrzos, ten ulubiony, biały.
Po obiedzie wsiadł na motor, a po 20 minutach wrócił z dwiema doniczkami pięknych wrzosików w moim kolorze :)



Kochany jesteś :*
Przesadziłam je razem do podłużnego aluminiowego naczynia, które kiedyś było formą do... pieczenia ciast.
Teraz jako bracia bliźniacy prezentują się o wiele lepiej.
I najważniejsze... cieszą moje spłakane oczy.
....................................................


oceń
0
0

Nowe pomysły.

Zacznę od tego, że udało mi się wreszcie złożyć do sądu wniosek alimentacyjny. Czekam na rozprawę, która odbędzie się do miesiąca czasu. Teraz wiem dlaczego aż 14 lat zwlekałam z tą decyzją. To nie jest nic przyjemnego. Wiem, że im będzie bliżej rozprawy, tym będę miała większego doła... Ale jakoś muszę przez to przejść :(
Ale, ale! 
Miało być o nowych pomysłach...
Złapałam wenę, więc chciałam ją wykorzystać maksymalnie.
Mój dobroduszny Darek umył wszystkie okna! Kochany :***
Wyprałam mgiełkowe zasłonki i postanowiłam je nieco pozamieniać miejscami...
W saloniku zostawiłam jedynie jasną i gorzką czekoladę. W pokoju syna powiesiłam dwie długości zasłonek. Po zewnętrznej stronie długie do podłogi (te które wcześniej wisiały w saloniku jako trzeci kolor mlecznej czekolady), a od środka krótkie, do parapetu. W kuchni natomiast ozdobą okna stały się te, które przedtem wisiały w pokoju syna.
Przypadł mi do gustu ten układ.













W kuchni MUSIAŁAM mieć "grajka" -
umilacza chwil spędzonych przy garach.
Z braku miejsca musi stać na parapecie.
Ale znalazłam sposób, by go nieco...zgubić.
Zrobiłam z panela ściennego w kolorze mebli
półeczkę na zestaw przypraw.
Teraz mam wymówkę... -
"grajek" stanowi podest pod półkę :))



Miałam chrapkę na kolejny woreczek zapachowy, który zrobiłam z materiałów dostępnych w zasięgu ręki. Ze starego „firankowego" obrusika wycięłam wzór w kształcie koła. Do środka włożyłam spory kawałek gazy nasączonej olejkiem kwiatowym. Gazę owinęłam czarną tkaniną, tak aby kolor czerni wydobywał się spod firankowego ażuru bieli. Dość głęboko złapane brzegi obwiązałam trzema warstwami czarnej tasiemki. Woreczek zdążył cieszyć moje oczy zarówno w formie stojącej jak i wiszącej.





Od jakiegoś czasu kupuję do łazienki „Ambi Pur electric" z trój zapachowym wkładem olejków. Zapach utrzymuje się przez 2-3 miesiące, potem kupuję nowy, ale zostawiam sobie mini szklane buteleczki, tak na wszelki wypadek :)) Teraz wpadłam na pomysł, by za pomocą ozdobnego sznureczka połączyć je w kostkę o wymiarach 3szt/3szt. Powstał wielopak miniaturowych wazoników na mini kwiatuszki. Już sobie wyobrażam 9 maleńkich stokroteczek w 9 mini wazonikach :))





Wianek od dawna chodził mi po głowie, ale tym razem taka wersja całoroczna ze sztucznych listków. W piwnicznym skarbcu miałam kilka takich gałązek. Poodrywałam sztuczne listki wraz z ogonkami. Gruby stalowy drut wygięłam w idealne koło z pomocą garnka. Potem cieniutkim, giętkim drucikiem listek po listku przymocowałam do obręczy. Powstały w ten sposób dwa jednakowe wianki, które zdobią regały. W zależności od okoliczności będę je dodatkowo ozdabiać szyszkami, bombkami, jajeczkami lub serduszkami...





Któregoś dnia wracając z miasta zobaczyłam je na wystawie wśród innych bibelotów związanych ze ślubem...
Serce, bo o nim mowa. Było piękne, z delikatnym haftem, z dwuwarstwową koroneczką i służyło jako podusia na obrączki. Musiałam je mieć! Choć wiadomo, że nie w tym celu w jakim zostało uszyte :)
Jednak z góry wiedziałam, że nie pozostanie w takim stanie w jakim je zakupiłam z tej racji, że nie lubię czysto białych przedmiotów. W domku od razu przystąpiłam do działania. Przeszyłam haft na serduszku i częściowo na koronce delikatną, czarną nitką. Dorobiłam zawieszkę. I szalałam z nowym nabytkiem po wszystkich zakamarkach :))











Przy okazji postanowiłam wyhaftować woreczek, który uszyłam już jakiś czas temu, był moim pierwszym dziełem „spod maszyny". Zrobiłam odręczny napis „home", który teraz czeka na misterne szycie. Ale to zadanie na przyszły tydzień.





Wpadłam też na kolejne pomysły, które realizuję za pomocą Allegro.
Ale o tym napiszę jak będą już w pełni zrealizowane :)
Zdradzę tylko, że jeden z nich to zamówienie na drewniany przedmiot, na którego wykonanie chyba poczekam do końca miesiąca.
....................................................


oceń
0
0

I ROCZNICA!!!

Kilka dni temu mój blog osiągnął na liczniku jego żywota piękną cyfrę...365 dni!
Co oznacza, że świętuję jego pierwsze urodzinki :))

Z tej okazji małe podsumowanko:
- powstało 130 wpisów (postów)
- odwiedziło mnie ponad 3.500 gości
- wkleiłam setki zdjęć
- powstało 6 kategorii tematycznych
- otrzymałam od Was szereg komentarzy i wpisów, oraz jeszcze więcej ciepłych słów na GG i maila, za które serdecznie Wam wszystkim dziękuję



Z tego miejsca - mojego małego wirtualnego świata, chciałabym złożyć moim serdecznym gościom życzenia, i podziękować za wspólne chwile. A życzyć Wam będę tego, czego i samej sobie życzyć bym chciała...
Z całego serca życzę Wam dużo zdrowia i miłości. Zdrowie, to największy skarb, jaki człowiek ma w posiadaniu. Do tego prawdziwe, szczere, oddane serce bliskiej osoby i mamy komplet, który powoduje, że ŻYĆ SIĘ CHCE! Gdy oba kryteria są w należytej harmonii, mamy wówczas chęć do pracy, jesteśmy twórczy, a to z kolei przynosi nam zyski, dzięki którym możemy spokojnie i dostatnio funkcjonować.
Mechanizm ziemskiego żywota zatacza pełne koło, ale jego początek zawsze ma start pod ukrytym, ale jakże znaczącym hasłem ZDROWIE. Dlatego właśnie zdrowia życzę Wam najbardziej, gdyż reszta naszego życia zależy właśnie od niego.



Przekonuję się o tym na własnej skórze,
niemal każdego dnia...
....................................................


oceń
0
0

Decyzje i zmiany.

Jedną z decyzji podjął Darek.
Postanowił pójść na kurs prawa jazdy kat. B
Wreszcie!!!
Wreszcie przekonał się do tego, że mając rodzinę nie wystarczy jedynie kat. A i ciągła jazda motorami. Podjął męską decyzję, że motory, owszem nadal zostaną naszym nieodłącznym hobby, ale samochód jest nam niezbędny do tego, by móc wyjechać całą rodziną, łącznie z psem, który tak bardzo jest „uczulony" na wszelkie motocykle, że gdy znajdzie się w ich pobliżu wpada w taki szał, że gryzie wszystko co popadnie, łącznie z nóżkami, rączkami od kierownicy, a nawet ... UWAGA rurą wydechową, nie bacząc na to czy jest gorąca!!!
Wariat do entej potęgi :))
Obiecał sobie, że zapisze się zaraz po wakacjach. A, że jest bardzo słowny zrobił to już, w ostatni dzień sierpnia. Opłacił kurs, dostał kartę i czeka na pierwszą jazdę. Jest w o tyle dogodnej sytuacji, że nie musi uczestniczyć w zajęciach z uwagi na wieloletnie posiadanie kat. A i tym samym bycie uczestnikiem ruchu drogowego. Musi jedynie „wyjeździć godziny" i przystąpić do egzaminu.
No to, TRZYMAM KCIUKI!!!

Druga decyzja dotyczy sprawy, która się ciągnie za mną latami...
Mój syn ma już 14 lat, a ja do tej pory nie złożyłam w sądzie pozwu o zasądzenie alimentów. Wszyscy przez lata dziwią się mi dlaczego? Dlaczego godzę się na tę jałmużnę? Dlaczego nie zrobię z tym porządku, tak jak inne kobiety będące w podobnej sytuacji?
Ale odpowiedź jest chyba nader prosta i bardzo oczywista... Ojciec dziecka był moją pierwszą prawdziwą i bardzo głęboką miłością. Spędziliśmy razem całe 7 lat. Mamy za sobą mnóstwo pięknych chwil. Najzwyczajniej w świecie, nie potrafiłam po tym wszystkim co nas łączyło wystąpić przeciwko niemu na drogę sądową. Omijałam ten temat szerokim łukiem. Zadowalałam się marnymi, najniższymi alimentami, które wypłacał mi dobrowolnie, aby zachować twarz i stwarzać pozory „dobrego ojca".



W tym roku, nie tyle, że zmądrzałam, lub dorosłam do tej decyzji, lecz zmieniły się przepisy prawne, które wręcz uniemożliwiają mi pobieranie zasiłku rodzinnego i pielęgnacyjnego, właśnie dlatego, że kwestia alimentów nie jest prawnie zasądzona. I tak oto zostałam „przymuszona" do decyzji, której unikałam tyle lat.
W sumie to dobrze, że tak się stało. Nie robię niczego przeciwko niemu, ale dla dobra naszego wspólnego dziecka. Po tylu latach wreszcie należy mi się jakaś „normalna" kwota pieniężna na utrzymanie syna. Z roku na rok dziecko coraz starsze, potrzeby coraz większe, a ja ciągle z tą samą, najniższą kwotą jałmużny.
Koniec!!!
Najwyższy czas to zmienić!
Siedzę od kilku dni przy klawiaturze komputera i tworzę „poemat alimentacyjny". A, że dopiero po 14 latach, więc jest o czym pisać...
Dokumentów do skserowania cała masa! Codziennie sobie powtarzam, że jutro definitywnie to zakończę i złożę w sądzie wraz z pełną dokumentacją. Lecz, jakoś nie mogę ukończyć „dzieła". Ciągle „coś" stoi na przeszkodzie... a to straszny ból głowy, a to inne ważne sprawy...
Obiecałam sobie, że w tym tygodniu zamknę sprawę choćby nie wiem co!
Może tym razem wyrobię się w czasie z obietnicą?
Zdradzę Wam jedno...boję się!
Cholernie się boję, choć sama nie wiem czego...


....................................................


oceń
0
0

sobota, 19 sierpnia 2017

Tylu Was było:  87 017  

Alexa

Niepoprawna romantyczka...blask płomienia świecy, zapach kadzidła, nastrojowa muzyka i bliskość natury - oto cała JA

Księga Życia

Życie człowieka jest ogromną księgą, która powstaje od dnia narodzin aż do chwili śmierci. Oto fragmenty z mojej "KSIĘGI ŻYCIA"

E-MAIL: alexa-xyz@wp.pl
GG: 12053649

Statystyki

Odwiedziny: 87017
Wpisy
  • liczba: 160
Życie bloga: 3279 dni
ULUBIONA MUZYKA: *Era *Enigma *Koto *Dead Can Dance *J.M.Jarre *Vangelis *Gregorianie *Celtic Spirit
ULUBIONE PRZEDMIOTY: *świece *świeczniki *kadzidła *latarenki *lampiony *lampy naftowe *kwiaty *dzbany *szaro-białe anioły *foto-ramki
ULUBIONE ZAJĘCIA: *czytanie *prowadzenie bloga *aranżacje wnętrz *ozdabianie przedmiotów *fotografowanie *słuchanie muzyki *relaks przy świecach *jazda chopperem *spacer z psem *pobyt na łonie natury *zakupy dla domu *rozmowa z przyjacielem

Kartka z kalendarza

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl